Wiedza radosna, Księga czwarta

Nietzsche

 

Sanctus Januarius

O ty, którego miecz płomienny W kry rozbił mojej duszy lód, Że mknie ku toni mórz bezdennej W najwyższych swych nadziei cud: Jaśniejsza co dzień, zdrowsza żwawiej,Choć ją miłosny pęta mus, Wolna: – więc cuda twoje sławi, O sanctus Januarius!

Genua, styczeń 1882

 

276.

Na Nowy Rok. – Żyję jeszcze, myślę jeszcze: muszę jeszcze żyć, bo muszę jeszcze myśleć. Sum, ergo cogito: cogito, ergo sum. Dziś pozwala sobie każdy wypowiedzieć swe życzenia i naj ukochańsze myśli: więc i ja chcę też powiedzieć, czego dziś sobie życzyłem od siebie samego i jaka mi myśl tego roku nasamprzód przez serce przebiegła – jaka myśl ma mi być podstawą, poręką i słodyczą całego dalszego życia! Chcę uczyć się coraz więcej, to, co konieczne w rzeczach, widzieć jako piękne – tak stanę się jednym z tych, którzy rzeczy pięknymi czynią. Amor fati [umiłowanie losu]: to niechaj odtąd będzie mą miłością! Nie chcę prowadzić wcale wojny przeciw brzydocie. Nie chcę oskarżać, nie chcę oskarżać nawet oskarżyciela. Odwracanie oczu niech będzie moim jedynym przeczeniem! A na ogół: chcę tylko jeszcze kiedyś być potwierdzicielem!

277.

Osobista opatrzność. – Istnieje pewien wysoki punkt życia: jeśliśmy go osiągnęli, to z całą swą wolnością, choćbyśmy najbardziej nawet odmawiali pięknemu chaosowi istnienia pieczołowitego rozumu i dobroci, stajemy raz jeszcze wobec największego niebezpieczeństwa duchowej niewoli i mamy najcięższą wytrzymać próbę. Teraz bowiem zjawia się dopiero przed nami z natrętną siłą myśl o osobistej opatrzności i ma za sobą najlepego rzecznika, naoczność, teraz, gdy widzimy jak na dłoni, że wszystko, wszystko, co nas spotyka, wychodzi nam na dobre. Życie każdego dnia i każdej godziny zdaje się nie pragnąć niczego, jak tylko zawsze na nowo dowodzić tego pewnika: cokolwiek się zdarzy, pogoda czy niepogoda, strata przyjaciela, choroba, potwarz, spóźnienie się listu, wywichnięcie nogi, spojrzenie rzucone w głąb kramu kupieckiego, przeciwargument, otwarcie książki, sen, oszustwo: wszystko okazuje się natychmiast lub wkrótce potem jako rzecz, której „braknąć nie mogło” – jest pełne głębokiego znaczenia i pożytku właśnie dla nas! Czyż istnieje niebezpieczniejsze uwodzicielstwo niż wypowiedzenie wiary bogom Epikura, owym beztroskim nieznajomym i uwierzenie w jakieś zatroskane i małostkowe bóstwo, które nawet każdy włosek na naszej głowie zna osobiście i nie czuje wstrętu do najmizerniejszej posługi? Otóż – sądzę pomimo wszystko! – że winniśmy zostawić w pokoju bogów i usłużne geniusze również, i zadowolić się przekonaniem, że nasza własna teoretyczna i praktyczna zręczność w wykładaniu i porządkowaniu wydarzeń doszła teraz do szczytu. Nie powinniśmy też zbyt wysokiego mieć wyobrażenia o tej palcowo biegłej mądrości swojej, gdy czasem uderzy nas niespodzianką cudowna harmonia, powstająca przy grze na naszym instrumencie;. harmonia, brzmiąca zbyt pięknie, byśmy się ważyć mogli przypisać ją sobie samym. W istocie ktoś gra tu i ówdziewraz z nami – luby przypadek: prowadzi nam przy sposobności dłoń, a najmędrsza opatrzność nie mogłaby piękniejszej wymyślić muzyki nad tę, która udaje się wtedy naszej niemądrej dłoni.

278.

Myśl o śmierci. – Sprawia mi melancholijne szczęście żyć w pośrodku tego zamętu uliczek, potrzeb, głosów: ileż rozkoszy, niecierpliwości, pożądania, ileż spragnionego życia i upojenia życiem wychodzi tu na jaw każdej chwili! A jednak będzie wszystkim tym zgiełkującym, żyjącym, życia spragnionym wkrótce tak cicho! Za każdym stoi jego cień, jego ciemny towarzysz drogi! Jest to zawsze jakby ostatnia chwila przed odjazdem okrętu wychodźczego; ma się sobie wzajem więcej do powiedzenia niż kiedykolwiek, godzina nagli, ocean i jego pustynne milczenie czekają niecierpliwie poza całym tym zgiełkiem – tak zachłanne, tak pewne swego łupu! A wszyscy, wszyscy mniemają, że Dotąd było niczym lub byle czym, że bliska przyszłość jest wszystkim: i stąd ten pośpiech, ta wrzawa, to przegłuszanie się i ubieganie! Każdy chce w tej przyszłości być pierwszy – a przecie śmierć i cisza śmiertelna jest jedyną pewnością i jedyną tej przyszłości wspólnotą! Jak dziwnie, że ta jedyna pewność i wspólnota nie ma żadnego prawie wpływu na tych ludzi i że najdalsi są oni od świadomości bractwa śmierci! Szczęśliwy jestem widząc, że ludzie zupełnie myśleć nie chcą o myśli o śmierci. Chętnie przyczyniłbym się do tego, by im uczynić myśl o życiu po stokroć jeszcze godniejszą myślenia.

279.

Przyjaźń gwiezdna. – Byliśmy przyjaciółmi i staliśmy się sobie obcy. Lecz to słuszne i nie chcemy przed sobą tego ukrywać i zaciemniać, jak gdybyśmy się tego wstydzić mieli. Jesteśmy dwa okręty, z których każdy ma swój cel i swą drogę; możemy się skrzyżować i razem dzień święty święcić, jak to uczyniliśmy – i wtedy spoczywały dzielne okręty w jednej przystani i w jednym słońcu, iż mogło się zdawać, jakby już były u celu i jakby miały były cel jeden. Lecz wtedy wszechmocna potęga naszego zadania rozpędziła nas znowu, na różne morza i zwrotniki, i może nie zobaczymy się już nigdy – a może też zobaczymy się, lecz nie poznamy się już: różne morza i słońca przemieniły nas! Żeśmy obcymi sobie stać się musieli, jest prawem ponad nami: właśnie dlatego winniśmy też stać się sobie czcigodniejszymi! Właśnie dlatego winna stać się świętsza myśl o naszej dawnej przyjażni! Istnieje prawdopodobnie ogromna niewidzialna krzywa i kolej gwiezdna, w której nasze tak różne drogi i cele mieścić się mogą jako drobne przestrzenie – wznieśmy się do tej myśli! Lecz życie nasze jest krótkie, a siła wzroku naszego słaba, byśmy czymś więcej być mogli niż przyjaciółmi w znaczeniu owej wzniosłej możliwości. – Więc wierzmy w swą przyjaźń gwiezdną, nawet gdybyśmy sobie wzajem być musieli nieprzyjaciółmi ziemskimi.

280.

Architektura poznających. – Potrzeba będzie kiedyś, i to prawdopodobnic wkrótce kiedyś, zrozumienia, czego przede wszystkim brak naszym wielkim miastom: cichych i obszernych,w dal rozpostartych miejsc do rozmyślania, miejsc o wysoko sklepionych, długich krużgankach na wypadek niepogody lub zbytniego skwaru, dokąd nie przenika zgiełk wozów i wywoływaczy i gdzie by wytworniejsza przystojność zakazywała nawet księżom głośnej modlitwy: budowli i ogrodów, które jako całość wyrażają wzniosłość namysłu i chodzenia uboczem. Minął czas, gdy Kościół posiadał monopol rozmyślania, gdy vita contemplativa musiała być wprzód zawsze vita religiosa; a wszystko, co Kościół zbudował, tę myśl wyrażało. Nie wiem, jakbyśmy mogli poprzestać na tych budowlach, nawet gdyby wyzuły się ze swego przeznaczenia kościelnego; budowle te, jako domy Boga i strojne przybytki nadświatowego obcowania, przemawiają mową zbyt patetyczną i strwożoną, abyśmy, bezbożni, tam swoimi myślami myśleć mogli. Chcemy mieć siebie przetłumaczonych na kamień i rośliny, chcemy przechadzać się w sobie, chodząc po tych salach i ogrodach.

281.

Umieć znaleźć koniec. – Pierwszorzędnych mistrzów można po tym poznać, że umieją, w wielkim jak w małym, w sposób doskonały znaleźć koniec, czy to koniec jakiejś melodii czy myśli, czy to piąty akt tragedii lub akcji państwowej. Najpierwsi niższego stopnia stają się zawsze ku końcowi niespokojni i nie opadają w tak dumnym, spokojnym spadku w morze, jak na przykład wzgórza koło Portofino – tam, gdzie pobrzeże genueńskie dośpiewywa melodię swą do końca.

282.

Chód. – Są maniery ducha, którymi i wielkie duchy zdradzają, że pochodzą z tłumu lub półtłumu – mianowicie chód i krok ich myśli jest ich zdrajcą: nie umieją chodzić. Tak też Napoleon ku głębokiemu swemu zmartwieniu nie umiał chodzić po książęcemu i „prawowicie” przy sposobnościach, gdzie właściwie umieć to trzeba, jak podczas procesji koronacyjnych i rzeczy tym podobnych: i w tym wypadku był zawsze tylko dowódcą kolumny – dumnym i prędkim i bardzo tego świadomym. – Można się uśmiać, patrząc na tych pisarzy, którzy szeleszczą wkoło siebie fałdzistymi szatami okresu: chcą w ten sposób zakryć swe nogi.

283.

Przygotowawcy. – Pozdrawiam wszystkie oznaki, które zwiastują, że zaczyna się czas bardziej męski i wojowniczy, który przede wszystkim znów do czci przywróci waleczność! Albowiem winien utorować drogę jeszcze wyższemu czasowi i zgromadzić siły, których ów kiedyś potrzebować będzie – ów wiek, co w poznanie wniesie heroizm i będzie toczył wojny gwoli myśli i ich następstwom. Do tego potrzeba teraz wielu przygotowawców, ludzi walecznych, którzy nie mogą przecie wyskoczyć z nicości – ani też z piasku i mułu dzisiejszej cywilizacji i wykształcenia wielkomiejskiego ludzi, którzy umieją być mi lezący, samotni, zdecydowani, w niewidzialnej działalności zadowoleni i ciągli: ludzi, którzy skłonnością wewnętrzna we wszystkich rzeczach szukają tego, co w nich przezwyciężyć trzeba; ludzi, którym pogoda, cierpliwość, prostota, pogarda wielkich próżności właściwa jest, zarówno jakwielkoduszność w zwycięstwie i wzgląd na małe próżności wszystkich zwyciężonych; ludzi z ostrym i wolnym sądem o wszystkich zwycięzcach i o udziale przypadku w każdym zwycięstwie i sławie; ludzi, którzy mają własne święta, własne dnie pracy, własne czasy żałoby, nawykłych i pewnych w rozkazywaniu a zarazem gotowych, gdzie trzeba, słuchać, w jednym i drugim jednako dumnych, jednako swej własnej służących sprawie; bardziej na niebezpieczeństwo wystawionych ludzi, straszliwszych ludzi, szczęśliwszych ludzi! Bo, wierzcie mi! – tajemnica, by zebrać żniwo największego urodzaju i największej rozkoszy z istnienia, zwie się: żyć niebezpiecznie! Budujcie miasta swe na Wezuwiuszu! Wysyłajcie swe statki na niezbadane morza! Żyjcie w wojnie z równymi sobie i z samymi sobą. Bądźcie łupieżcami i zdobywcami, dopóki nie możecie być władcami i posiadaczami, wy poznający! Czas wkrótce minie, gdzie starczyć wam mogło żyć skrycie w lesie, podobnie płochym jeleniom! W końcu poznanie wyciągnie dłoń po to, co mu się należy: będzie chciało panować i posiadać, a wy wraz z nim!

284.

Wiara w siebie. – Niewielu ludzi w ogóle ma wiarę w siebie – a z tych niewielu jedni otrzymują ją jako pożyteczną ślepotę i częściowe zaciemnienie ducha (co by ujrzeli, gdyby samych siebie do dna widzieć mogli!), drudzy muszą ją dopiero zdobywać: wszystko, co dobrego, tęgiego, wielkiego czynią, jest najpierw argumentem przeciw sceptykowi, który w nich mieszka – należy go przekonać lub wmówić w niego, a na to trzeba prawie geniuszu. Są to wielcy niewystarczający sobie.

285.

Excelsior! [wyższy, wznioślejszy] – „Nie będziesz już nigdy się modlił, już nigdy ubóstwiał, nigdy w bezkresnej odpoczywał ufności – zabronisz sobie stawać i wyprzęgać swe myśli przed ostateczną mądrością, ostateczną dobrocią, ostateczną mocą – nie będziesz miał żadnego ustawicznego stróża i przyjaciela dla siedmiu swych samotności – będziesz żyć bez widoku na wzgórza, które śnieg dźwigają na czole, a żary w swym sercu – nie będzie dla ciebie żadnego odpłatcy, żadnego poprawiciela w ostatniej instancji – nie będzie żadnego już rozumu w tym, co się dzieje, żadnej miłości w tym, co ci się stanie – nie będzie dla serca twego stało otworem żadne miejsce odpoczynku, gdzie by znajdywać tylko mogło, a niczego już nie szukać – bronić się będziesz przeciw wszelakiemu ostatecznemu pokojowi, pragnąć będziesz wiecznego nawrotu wojny i pokoju – człowiecze wyrzeczenia, czy we wszystkim tym chcesz wyrzeczenia? Kto ci da siły ku temu? Nikt jeszcze nie miał tej siły!” – Jest jezioro, które pewnego dnia odmówiło sobie odpływu, i wzniosło tam tamę, dokąd odpływało dotychczas: odtąd wzbiera jezioro to coraz wyżej. Może właśnie owo wyrzeczenie użyczy nam siły, która znieść nam pozwoli samo wyrzeczenie; może człowiek będzie coraz wyżej wzbierał, odkąd przestanie przelewać się w Boga.

286.

W przerwie. – Są tu nadzieje: lecz cóż z nich ujrzycie lub usłyszycie, jeśliście we własnych swych duszach nie przeżyli blasku i żaru i jutrzni? Mogę tylko przypominać – więcej nie mogę! Poruszać kamienie, zwierzęta zmieniać w ludzi – czy tego chcecie ode mnie? Ach, jeśli kamieniami i zwierzętami jeszcze jesteście, to szukajcie sobie wprzód swego Orfeusza!

287.

Rozkosz z ślepoty. – „Myśli moje, rzekł wędrowiec do swego cienia, mają mi wykazywać, gdzie stoję: lecz nie powinny mi zdradzać, dokąd idę. Kocham nieznajomość przyszłości i nie chcę zginąć z niecierpliwości i przedsmaku zakazanych rzeczy”.

288.

Wysokie nastroje. – Zdaje mi się, że większość ludzi nie wierzy w ogóle w wysokie nastroje, chyba na chwile, najwyżej na kwadranse – wyjąwszy tych nielicznych, którzy znają z doświadczenia dłuższy przeciąg trwania wysokiego uczucia. Lecz nawet człowiek jednego wysokiego uczucia, że jest wcieleniem jedynego wielkiego nastroju – był dotąd tylko snem i zachwycającą możliwością: historia nie daje nam jeszcze żadnego pewnego tej rzeczy przykładu. Mimo to mogłaby też kiedyś zrodzić takich ludzi – wówczas, gdyby stworzyło się i ustaliło mnóstwo przychylnych uprzednich warunków, których teraz i najprzychylniejszy przypadek nie zdołałby razem zgromadzić. Może tym przyszłym duszom byłoby zwyczajnym stanem rzeczy to właśnie, co dotąd tu i ówdzie wchodziło czasem w dusze nasze, jako ze zgrozą odczuwany wyjątek: ustawiczny ruch między wyżyną a głębią i uczucie wyżyny i głębi, ustawiczne jakby wstępowanie po schodach, a zarazem jakby spoczywanie na chmurach.

289.

Na okręty. – Jeśli się zważy, jak na każdą jednostkę działa filozoficzne ryczałtowe usprawiedliwienie jej sposobu życia i myślenia – to jest podobnie ogrzewającemu, błogosławiącemu, zapładniającemu, jej osobiście świecącemu słońcu, jak czyni ją niezależną od pochwały i nagany, wystarczającą sobie, bogatą, hojną w szczęściu i życzliwości, jak nieustannie przetwarza zło w dobro, siły wszystkie doprowadza do rozkwitu i dojrzałości i nie dozwala wcale rozwinąć się małym chwastom zgryzoty i zgryźliwości – to woła się w końcu z pożądaniem: oby przecie wiele takich nowych słońc jeszcze stworzono! Niech i zły, i nieszczęśliwy, i człowiek wyjątkowy ma swoją filozofię, swe dobre prawo, swój blask słoneczny! Nie litować się nad nimi potrzeba! – tego pomysłu wielkoduszności musimy się oduczyć, chociaż tak długo ludzkość uczyła się go i w nim ćwiczyła – nie ustanawiajmy żadnych spowiedników, zaklinaczy dusz i odpuścicieli grzechów! Lecz nowej sprawiedliwości potrzeba! I nowego hasła! I nowych filozofów! I moralna ziemia jest okrągła! I moralna ziemia ma swoje antypody! I antypody mają swe prawo istnienia! Jest jeszcze nowy świat do odkrycia – i więcej niż jeden! Na okręty, filozofowie!290.

Jednego trzeba. – Charakterowi swemu „nadać styl” – wielka i rzadka sztuka! Uprawia ją ten, kto spojrzeniem ogarnia wszystko, czym jest natura jego w siłach i słabościach, i który potem wciąga to w artystyczny plan, aż każdy szczegół ukaże się jako sztuka i rozum i nawet słabość zachwyci oko. Tu przydano wielki kawał drugiej natury, tam część pierwszej natury odjęto: oba razy po długim ćwiczeniu i codziennej nad tym pracy. Tutaj brzydotę, która się zdjąć nie dała, schowano, tam przemieniono ją we wzniosłość. Wiele nieokreślonego, opierającego się kształtowaniu zachowano i wyzyskano dla perspektywy: winno działać z odległości i niezmierzoności. W końcu, gdy dzieło skończone, okazuje się, jak wszystko to było pod przymusem tego samego smaku, który w ogóle i szczególe władał i kształtował: czy smak był dobry, czy zły, to mniej ważne, niż się mniema – dość, że jest to smak! Będą to silne, żądne władzy natury, które w takim przymusie, w takim poddaniu się i dążeniu do całkowitości pod własnym prawem, najwyższej swej używają rozkoszy; namiętność ich potężnego chcenia doznaje folgi na widok wszelkiej stylizowanej natury, wszelkiej zwyciężonej i służącej natury; nawet jeśli budują pałace lub zakładają ogrody nie pozostawiają naturze wolnej ręki. Odwrotnie, są słabymi, samymi sobą niewładającymi charakterami ci, którzy nienawidzą zwartości stylu. Czują, że gdyby nałożyli sobie ten gniewny przymus, staliby się pod nim pospolitymi: stają się niewolnikami, gdy tylko służą, nienawidzą służenia. Takie duchy – mogą to być duchy najwyższego rzędu – dążą zawsze do tego, by samych siebie i swe otoczenie kształtować i przemieniać w wolną naturę – dziką, samowolną, dziwaczną, nieporządną, niespodzianą – i dobrze czynią, ponieważ tylko w ten sposób sprawiają sobie przyjemność! Bo jednego trzeba: by człowiek osiągnął z siebie zadowolenie – bądź to przez to lub inne zmyślenie i sztukę: tylko wtedy dopiero jest człowiek w ogóle znośnym widokiem! Kto z siebie niezadowolony, jest ustawicznie gotów mścić się za to: my inni będziemy jego ofiarami, choćby tylko w tym, że zawsze będziemy musieli znosić jego brzydki widok. Bo widok brzydoty czyni złym i posępnym.

291.

Genua. – Przypatrywałem się dobrą chwilę temu miastu, jego willom i ogrodom i dalekiemu okręgowi jego zamieszkałych wzgórzy i zboczy; w końcu muszę rzec: widzę twarze minionych pokoleń – okolica ta obsiana jest obrazami dzielnych i wielmożnych ludzi. Oni żyli i chcieli żyć po śmierci – to mówią ich domy, budowane i zdobione z myślą o stuleciach, nie o przelotnej chwili: byli dobrotliwi dla życia, choć mogli często być źli dla siebie samych. Widzę zawsze budującego, jak spoczywa wzrokiem swym na wszystkim, co zbudowane zostało w krąg niego w dali i w pobliżu, a zarówno na mieście, morzu i zarysach wzgórz, jak wzrokiem tym wywiera moc i zdobywa: wszystko to chce nagiąć do swego planu i ostatecznie swoją uczynić własnością przez to, że wszystko to staje się tego planu częścią. Cała ta okolica obrosła tym wspaniałym, nienasyconym egoizmem żądzy posiadania i zdobyczy; i jak ludzie ci nie uznawali żadnej granicy w oddali i w swym pragnieniu nowości ustawiali nowy świat obok starego, tak samo też powstawał w ojczyźnie zawsze każdy przeciw każdemu i wynachodził sposób wyrażenia swej wyższości i postawienia swej osobistej nieskończoności pomiędzy sobą a swym sąsiadem. Każdy zdobywał sobie raz jeszcze ojczyste swe miasto dla siebie, narzucając mu przemoc swoich architektonicznych myśli i niejako przetwarzając je w rozkosz dla oczu swego domu. Na północy, jeśli przyglądamy się sposobowi budowania miast, imponuje prawo i powszechna radość z prawności i posłuszeństwa: zgaduje się przy tym owo wewnętrzne stawianie się na równi,poddanie się ładowi, które musiało opanować dusze wszystkich budujących. Tu jednak, na każdym skręcie, znajdziesz człowieka samego dla siebie, który zna morze, przygody, Wschód, człowieka, który niechętny jest prawu i sąsiadowi, jako pewnemu rodzajowi nudy i który wszystko ustanowione i stare zawistnym mierzy spojrzeniem: chciałby cudowną chytrością fantazji wszystko to przynajmniej w myślach raz jeszcze na nowo ustanowić i rękę swą na tym, myśl swoją w to włożyć choćby tylko dla chwili słonecznego popołudnia, gdy nienasycona jego i melancholijna dusza sytość uczuje, a oku jego tylko to, co jego własne, a nic obcego ukazać się nie śmie.

292.

Do kaznodziejów moralności. – Nie chcę moralizować, lecz tym, którzy to czynią, daję tę radę: jeśli chcecie najlepsze rzeczy i stany pozbawić ostatecznie wszelkiej czci i wartości, to nuże, bierzcie je dalej na język jak dotąd! Postawcie je na szczycie moralności i prawcie od rana do wieczora o szczęściu cnoty, o spokoju duszy, o sprawiedliwości i tkwiącej w rzeczach odpłacie: w ten sposób, jak to czynicie, przyczepia się w końcu do tych wszystkich dobrych rzeczy popularność i krzyk uliczny; lecz wtedy też ściera się z nich wszelkie złoto i więcej jeszcze: wszelkie złoto w nich zmienia się w ołów. Zaprawdę, znacie się na odwrotnej sztuce alchemii: na pozbawianiu wartości tego, co najwartościowsze! Uchwyćcie się raz na próbę innego przepisu, by nie jak dotąd osiągać przeciwieństwo tego, czego szukacie: zaprzeczajcie owych dobrych rzeczy, odbierzcie im poklask tłumu i łatwy obieg, uczyńcie je znów ukrytymi wstydliwościami dusz samotnych, mówcie: moralność jest czymś zabronionym! Może w ten sposób pozyskacie dla tych rzeczy ten rodzaj ludzi, na których jedynie coś zależy, mam na myśli heroicznych! Lecz wówczas musi w tym być coś, co przejmuje lękiem, a nie, jak dotychczas, wstrętem! Nie chciałożby się dziś rzec o moralności, jak Mistrz Eckhart: „proszę Boga, by mnie skwitował z Boga”?

293.

Nasze powietrze. – Wiemy to dobrze: kto tylko jak podczas przechadzki rzuca czasem okiem na wiedzę, sposobem kobiet i niestety też wielu artystów: dla tego posiada surowość jej służby, ta nieubłaganość w szczegółach jak w ogóle, ta szybkość w rozważaniu, sądzeniu, osądzaniu, coś przejmującego zawrotem głowy i strachem. Mianowicie przestrasza go to, że najcięższych wymaga się tu rzeczy, najlepszych dokonywa, bez przypadających za to pochwał i odznaczeń, raczej, jak pośród żołnierzy, rozlegają się nieomal tylko nagany i ostre wytyki – ponieważ sprawność uchodzi tu za prawidło, pobłądzenie za wyjątek: prawidło jednak ma tu, jak wszędzie, usta milczące. Z tą „surowością wiedzy” ma się rzecz tak samo, jak z formą i uprzejmością najlepszego towarzystwa: przestrasza niewtajemniczonego. Kto jednak przywykł do niej, nie mógłby wcale żyć gdzie indziej, tylko w tej, jasnej, przejrzystej, mocnej, silnie elektrycznością przepojonej atmosferze, w tej męskiej atmosferze. Wszędzie poza tym jest mu nie dość czysto i powietrzno: domyśla się, że tam najlepsza jego sztuka nikomu nie przyniosłaby dość pożytku, a jemu samemu nie sprawiałaby uciechy, że pośród nieporozumień połowa jego życia wymknęłaby się przez palce, że potrzeba by ustawicznie wiele ostrożności, ukrywania i tłumienia w sobie – samych wielkich i bezużytecznych uszczerbków siły! W tym zaś surowym, lecz czystym żywiole posiada całą swą siłę: tu może latać! Po cóż by znów miał schodzić ku owym mętnym wodom, gdzie trzeba pływać i brodzići brudzić swe skrzydła! Nie! Tam żyć nam zbyt ciężko, cóżeśmy winni, żeśmy do powietrza zrodzeni, do czystego powietrza, my współzawodnicy świetlnego promienia, i że najchętniej, podobnie jemu, cwałowalibyśmy na pyłkach eteru i nie precz od słońca, lecz ku słońcu! Tego jednak nie możemy – pragniemy tedy czynić, co jedynie umiemy: nieść ziemi światło, być „światłem ziemi”! I po to mamy swe skrzydła i swą szybkość, i surowość, dlatego jesteśmy męscy i nawet straszliwi, podobni ogniowi. Niechaj się boją nas ci, którzy nie umieją się nami ogrzać i rozjaśnić!

294.

Przeciw potwarcom przyrody. – Niemili są mi to ludzie, w których każda naturalna skłonność natychmiast chorobą się staje, czymś szpecącym, a nawet haniebnym – ci uwiedli nas ku mniemaniu, że skłonności i popędy człowieka są złe; oni są przyczyną naszej wielkiej niesprawiedliwości dla przyrody, dla wszelkiej przyrody! Jest dość ludzi, którzy mogą oddawać się swym popędom z wdziękiem i beztroską: lecz nic czynią tego z obawy przed ową urojoną „złą istotą” przyrody! Stąd to pochodzi, że tak mało znaleźć można wśród ludzi dostojności: której odznaką będzie zawsze nie obawiać się siebie, nie oczekiwać po sobie nic haniebnego, bez namysłu lecieć, gdzie nas rwie – nas, urodzone ptaki! Dokądkolwiek kiedy przybędziemy, zawsze będzie wolno i słonecznie wkoło nas.

295.

Krótkie nawyknienia. – Kocham krótkie nawyknienia i uważam je za nieoceniony środek poznawania wielu rzeczy i stanów, i w głąb aż w sedno ich słodyczy i goryczy; natura moja jest cała sporządzona dla krótkich nawyknień, nawet w potrzebach swego cielesnego zdrowia i w ogóle, jak dalece tylko widzieć mogę: od rzeczy najniższych do najwyższych. Zawsze wierzę, że to będzie mnie trwale zadowalało – i krótkie nawyknienie żywi ową wiarę namiętności, wiarę w wieczność – i że jestem zazdrości godzien, i żem to znalazł i poznał – i oto rzecz ta żywi mnie w południe i wieczorem i roztacza głębokie zadowolenie wkoło siebie i we mnie, tak że nie pragnę ludzi, chyba by porównywać lub pogardzać lub nienawidzić. I pewnego dnia nadszedł jej czas: dobra rzecz bierze rozbrat ze mną, nie jak coś, co wstrętem mnie napawa – lecz spokojna i mnie syta, jak ja jej, i jak gdybyśmy sobie wzajem wdzięczni być musieli i tak sobie podawali ręce na rozstanie. I już czeka rzecz nowa u drzwi, i tak samo wiara moja – niespożyta błaźnica i mędrczyni! – że to nowe będzie tym prawdziwym, tym ostatecznie prawdziwym. Tak dzieje się z potrawami, myślami, ludźmi, miastami, poezjami, muzyką, naukami, porządkami dnia i trybami życia. Natomiast nienawidzę trwałych nawyknień i sądzę, że tyran zbliża się do mnie i że grubieje moja rozkosz z życia, gdzie wydarzenia tak się układają, że zdają się z nich siłą konieczności wyrastać trwałe nawyknienia: na przykład skutkiem urzędu, skutkiem ustawicznego przebywania z tym samym człowiekiem, skutkiem stałego miejsca zamieszkania, skutkiem jednostajnego zdrowia. Tak, wszelkiej swej nędzy i niedomaganiu, i co tylko jest we mnie niedoskonałego – jestem wdzięczny w najskrytszej głębi swej duszy, ponieważ pozostawia mi to sto drzwi tylnych, przez które uciec mogę od trwałych nawyknień. – Najnieznośniejsze oczywiście, najstraszniejsze właśnie, byłoby dla mnie życie zupełnie bez nawyknień, życie, które ustawicznie wymaga improwizacji; to byłoby mym wygnaniem i mym Sybirem.

296.

Stała opinia. – Stała opinia była niegdyś rzeczą najbardziej pożyteczną; i zawsze, gdzie tylko społeczność opanowana jest jeszcze instynktem stadnym, jest dla każdej jednostki dziś jeszcze rzeczą najzgodniejszą z celem podawać swój charakter i swe zajęcie za niezmienne – nawet gdyby nimi w gruncie rzeczy nie były. „Można się spuścić na niego, pozostanie jednaki” – to jest we wszystkich niebezpiecznych położeniach społeczności pochwała, która ma mieć największe znaczenie. Społeczność czuje z satysfakcją, że ma niezawodne, każdej chwili gotowe narzędzie w cnocie tego, w dumie tamtego, w rozmyślaniu i namiętności trzeciego – i zaszczyca tę naturę narzędzia, tę wierność samemu sobie, tę niezmienność w zapatrywaniach, usiłowaniach i nawet niecnotach, najwyższymi swymi zaszczytami. Taki szacunek, który wszędzie wraz z obyczajnością obyczaju kwitnie i kwitnął, wychowuje „charaktery” i osławia wszelką przemianę, przeinaczanie, samo przeistaczanie. Jest to w każdym razie, choćby nie wiedzieć jak wielki zresztą był pożytek tego sposobu myślenia, najszkodliwszy dla poznania sposób powszechnego sądu: bo właśnie dobra wola poznającego, nielękająca się oświadczyć każdej chwili przeciw swemu dotychczasowemu mniemaniu i w ogóle nie ufać wszystkiemu, co w nas chce się stać stałe – jest tu osądzona i osławiona. Ustrój umysłowy poznającego, jako będący w sprzeczności ze „stałą opinią”, uchodzi za niezaszczytny, gdy tymczasem skamieniałość zapatrywań cieszy się całym szacunkiem – pod klątwą takiego mniemania musimy żyć dziś jeszcze! Jak ciężko się żyje, czując ocenę wielu stuleci wkoło siebie i przeciw sobie! Prawdopodobnym jest, że przez wiele wieków poznanie obarczone było nieczystym sumieniem i że wiele musiało być samowzgardy i tajemnej nędzy w historii największych duchów.

297.

Móc przeczyć. – Każdy wie teraz, że umieć znosić przeczenie to wysoki znak kultury. Niektórzy wiedzą nawet, że człowiek wyższy życzy sobie i wywołuje cudze przeczenie, by otrzymać wskazówkę co do swojej, jemu dotychczas nieznanej niesprawiedliwości. Lecz to, że się może przeczyć, że się osiągnęło czyste sumienie we wrogości względem tego, co nawykłe, przekazane, uświęcone to więcej niż tamto oboje, i właściwie wielkie, nowe, zdumiewające w naszej kulturze, krok nad krokami oswobodzonego ducha: kto to wie?

298.

Westchnienie. – Schwytałem myśl tę po drodze i szybko sięgnąłem po najbliższe złe słowa dla jej utrwalenia, aby mi znów nie uleciała. I oto mi umarła z tych suchych słów i wisi, i chwieje się na nich i prawie już nie wiem, gdy na nią spojrzę, jak mogłem takiego doznawać szczęścia, schwytawszy tego ptaka.

299.

Czego należy się nauczyć od artystów. – Jakie mamy środki, by uczynić rzeczy pięknymi, pociągającymi, pożądanymi, jeśli nimi nie są? – A sądzę, że nie są nimi w sobie nigdy! Tu możemy nauczyć się czegoś od lekarzy, kiedy na przykład rozcieńczają gorycz i wlewają wino, wsypują cukier w mieszalnik; lecz więcej jeszcze od artystów, którzy właściwie ustawicznie dążą do takich wynalazków i kunsztów. Oddalać się od przedmiotów, aż się już wielu rzeczy w nich nie widzi, a wielu dopatrzyć się musi, aby je widzieć jeszcze – lub widzieć rzeczy z boku i jakby w wycinku – lub tak je ustawić, że się częściowo przysłaniają i perspektywicznie jeno przezierają – lub oglądać je przez barwne szkło lub w świetle zorzy wieczornej – lub dać im powierzchnię i naskórek niezupełnie przejrzysty; tego wszystkiego powinniśmy się nauczyć od artystów, a poza tym mędrszymi być niż oni. Bo u nich kończy się zazwyczaj ta ich wysoka sztuka tam, gdzie kończy się sztuka, a zaczyna życie; my jednak chcemy być poetami w życiu i przede wszystkim w najdrobniejszym i najcodzienniejszym!

300.

Przygrywki do wiedzy. – Sądzicież, że umiejętności byłyby powstały i urosły, gdyby nie byli biegli przed nimi czarodzieje, alchemicy, astrologowie i czarownice, jako ci, którzy swymi obietnicami i przygrywkami musieli wpierw stworzyć pragnienie, głód i smakowanie w zakrytych i zabronionych mocach? Co więcej, że musiało się nieskończenie więcej obiecywać, niż kiedykolwiek spełnione być może, aby w ogóle cośkolwiek spełniło się w królestwie poznania? – Może w ten sam sposób, jak nam przedstawiają się tu przygrywki i przygotowania do wiedzy, którym oddawano się i które odczuwano wcale nie jako takie, może w ten sam sposób wyda się jakiemuś dalekiemu stuleciu cała religia, jako ćwiczenie i przygrywka: może jest ona przedziwnym środkiem do tego, by kiedyś poszczególni ludzie rozkoszować się mogli całym poprzestawaniem na sobie Boga i całą jego mocą samowyzwolenia. Tak! – zapytać można – byłżeby człowiek w ogóle, bez tej religijnej szkoły i tych przeddziejów, nauczył się czuć głód i pragnienie siebie i z siebie czerpać sytość i pełnię? Musiałże wprzód Prometeusz roić, że ukradł światło i pokutować za to – by ostatecznie odkryć, że stworzył światło, pożądając światła, i że nie tylko człowiek, lecz i bóg był dziełem jego rąk i gliną w jego rękach? Byłożby wszystko tylko obrazem obrazotwórcy? – tak samo jak urojenie, kradzież, Kaukaz, sęp i cała tragiczna Prometea wszystkich poznających?

301.

Urojenie ludzi kontemplacyjnych. – Wysocy ludzie różnią się tym od niższych, że niewypowiedzianie więcej widzą i słyszą, i myśląc widzą i słyszą – i właśnie to różni człowieka od zwierzęcia i wyższe zwierzęta od niższych. Świat staje się coraz pełniejszy temu, kto wyrasta w wyżynę człowieczeństwa; spotyka on coraz więcej zarzuconych na siebie wędek interesu; mnogość jego podniet wzrasta ustawicznie, a tak samo mnogość jego rodzajów rozkoszy i przykrości – wyższy człowiek staje się zawsze zarazem szczęśliwszy i nieszczęśliwszy. Przy tym jednak ustawicznie towarzyszy mu urojenie: mniema on, że stoi jako widz i słuchacz przed wielkim widowiskiem muzycznym, którym jest życie: nazywa naturę swoją kontemplacyjną i przeocza przy tym, że on sam jest właściwie też poetą i dopowiadaczem życia – że się oczywiście bardzo różni od aktora tego dramatu, tak zwanego człowieka działającego, lecz jeszcze bardziej od jakiegoś tylko widza i gościa przed sceną.Jemu, jako poecie, zapewne, że właściwa jest vis contemplativa i spojrzenie wstecz na swe dzieło, lecz zarazem i przede wszystkim vis creativa, której brak człowiekowi działającemu, cokolwiek by też oczywistość i wszechświatowa wiara rzec mogły. My, myślącoodczuwający, jesteśmy tymi, którzy naprawdę i nieustannie czynią, czego tu jeszcze nie ma: cały wiecznie rosnący świat ocen, barw, wag, perspektyw, drabin, stopni, potwierdzeń i zaprzeczeń. Tego przez nas wynalezionego zmyślenia tak zwani ludzie praktyczni (nasi aktorzy, jak się rzekło) ustawicznie się uczą, ćwiczą się w nim, przekładają je na ciało i rzeczywistość, nawet codzienność. Co tylko w dzisiejszym czasie ma wartość, to nie posiada jej w sobie, wedle natury swej – natura jest zawsze bez wartości – jeno nadano, darowano temu kiedyś wartość, a my byliśmy tymi dawcami i darowującymi! My dopiero stworzyliśmy świat, który obchodzi coś człowieka! – Lecz właśnie brak nam wiedzy o tym i jeśli ją kiedyś w jakiejś chwili uchwycimy, to w najbliższej zapominamy znów o niej: nie znamy najlepszej swej mocy i cenimy się, my ludzie kontemplacyjni, o jeden stopień za mało – nie jesteśmy ani tak dumni, ani tak szczęśliwi, jakbyśmy być mogli.

302.

Niebezpieczeństwo najszczęśliwszego. – Posiadać zmysły wytworne i smak wytworny; do tego, co najwyszukańsze i najlepsze w duchu, być nawykłym jako do prawdziwego i najbliższego pokarmu; cieszyć się silną, śmiałą i zuchwałą duszą; ze spokojnym okiem i pewnym krokiem iść przez życie, zawsze przygotowanym na ostateczność jak na święto i pełnym pożądania nieodkrytych światów i mórz, ludzi i bogów; nasłuchiwać każdej pogodnej muzyki, jak gdyby tam waleczni mężowie, żołnierze, żeglarze odpoczynek sobie sprawiali krótki i uciechę, w naj głębszym rozkoszowaniu się chwilą ulec przemocy łez i całej purpurowej zadumie szczęśliwego: któż by nie chciał, by wszystko to było właśnie jego posiadaniem, jego stanem! Było to szczęście Homera! Stan tego, który wynalazł Grekom ich bogów – nie, sobie samemu swych bogów! Lecz nie kryjmy tego przed sobą: z tym szczęściem Homera w duszy jest się też najpodatniejszym cierpieniu stworzeniem pod słońcem! I tylko za tę cenę kupuje się najkosztowniejszą muszlę, jaką fale istnienia dotąd na brzeg wyrzuciły! Jako posiadacz jej, staje się człowiek coraz subtelniejszy w cierpieniu, i ostatecznie zbyt subtelny: drobne niezadowolenie i wstręt wystarczyły w końcu, by Homerowi życie obmierzić. Nie mógł odgadnąć głupiej zagadki, którą mu zadali młodzi rybacy! Tak, drobne zagadki są niebezpieczeństwem najszczęśliwszego!

303.

Dwóch szczęśliwych. – Zaprawdę, człowiek ten, mimo swą młodość, zna się na improwizacji życia i wprawia nawet najprzebieglejszego ostrzegacza w zdumienie – bo zdaje się, że nigdy nie chybia, acz gra ustaicznie w grę najniebezpieczniejszą. Przypominają się owi improwizujący mistrzowie dźwięku, którym by też słuchacz przypisać chciał boską nieomylność ręki, mimo że się tu i ówdzie mylą, jak myli się każdy śmiertelny. Lecz są oni wyćwiczeni i wynalazczy i w okamgnieniu zawsze gotowi najbardziej przypadkowy ton, ku któremu popycha ich rzut palca lub usposobienie chwili, wciągnąć natychmiast w ład tematycznej składności i tchnąć w przypadek piękną myśl i duszę. – Tu zaś zupełnie inny człowiek: temu nie udaje się w gruncie rzeczy nic, czegokolwiek chce i cokolwiek planuje. To, na czym przypadkowo zawisł swym sercem, zawiodło go już kilkakrotnie nad przepaść iw najbliższe pobliże zaguby; a jeśli się jeszcze jej wymknął, to jednak z pewnością nie „z podbitym okiem” tylko. Sądzicie, że jest z tego powodu nieszczęśliwy? Dawno postanowił sobie nie brać własnych życzeń i planów zbyt do serca. „Nie uda mi się to, tak przemawia do siebie, to uda mi się może owo; a na ogół nie wiem, czy nie jestem obowiązany do wdzięczności bardziej swemu niepowodzeniu niż jakiemu bądź powodzeniu. Czym stworzony do tego, by być upartym i nosić rogi bawole? To, co dla mnie stanowi wartość i wynik życia leży gdzie indziej; duma moja, jak i nędza moja, leży gdzie indziej. Wiem więcej o życiu, bom tak często był bliski jego utraty: i właśnie dlatego mam więcej z życia niż wy wszyscy!”

304.

Pozbywamy się, czyniąc. – W gruncie rzeczy wstrętne mi są wszystkie owe moralności, które mówią: „Nie czyń tego! Wyrzeknij się! Przezwycięż się!” – sprzyjam natomiast wszystkim owym moralnościom, które mnie pobudzają, by coś czynić i powtarzać i od rana do wieczora i w nocy śnić o tym i o niczym nie myśleć jak: by to dobrze zrobić, tak dobrze, jak ja to tylko mogę! Kto tak żyje, od tego odpada ustawicznie jedno po drugim to, co do takiego życia nie należy: bez nienawiści i odrazy widzi on, że dziś to, jutro owo rozbrat z nim weźmie, podobne liściom pożółkłym, które każdy żywszy powiew drzewu porywa: lub nie widzi wcale, że coś z nim rozbrat bierze, tak surowo patrzy oko jego w swój cel i w ogóle naprzód siebie, nigdy w bok, wstecz, w dół. „Działanie nasze ma określać, czego czynić nie mamy: nie czynimy, czyniąc” – tak podobam sobie, tak brzmi moje placitum [zasada, pogląd]. Lecz nie chcę z otwartymi oczyma dążyć ku swemu zubożeniu, nie znoszę żadnych cnót zaprzecznych – cnót, których istotą jest zaprzeczanie i odmawianie sobie.

305.

Panowanie nad sobą. – Owi nauczyciele moralności, którzy najpierw i z góry nakazują człowiekowi zdobyć moc nad sobą, nabawiają go przez to osobliwej choroby: ustawicznej drażliwości na wszystkie naturalne poruszenia i skłonności, i czegoś w rodzaju świerzby. Cokolwiek by go odtąd tknęło, pociągało, wabiło, pobudzało, z wewnątrz czy zewnątrz – zawsze zdaje się temu drażliwemu, jak gdyby jego panowaniu nad sobą zagrażało niebezpieczeństwo: nie śmie powierzyć się już żadnemu popędowi, żadnemu wolnemu wzlotowi skrzydeł, lecz stoi ustawicznie w postawie obronnej uzbrojony przeciw samemu sobie, z okiem ostrym i nieufnym, wieczny stróż swego grodu, którym uczynił samego siebie. Tak, może być tym wielki! Lecz jakże nieznośny stał się dla innych, jak ciężki dla samego siebie, jak zubożały i odcięty od najpiękniejszych przypadkowości duszy! A także od wszelkiego dalszego pouczania się. Bo trzeba umieć zatracić siebie na czas pewien, jeśli się chcemy nauczyć czegoś od rzeczy, którymi sami nie jesteśmy.

306.

Stoik i epikurejczyk. – Epikurejczyk wyszukuje sobie położenia, ludzi, a nawet wydarzenia, które najbardziej przystają do jego skrajnie pobudliwej intelektualnej natury, zrzeka sięreszty, to znaczy największej części – bo byłoby to dlań zbyt silnym i ciężkim pokarmem. Stoik natomiast ćwiczy się w połykaniu kamieni i robactwa, odruzgów szkła i skorpionów i w nieodczuwaniu wstrętu; żołądek jego ma się stać w końcu obojętny na wszystko, co przypadek istnienia weń wsypie – przypomina on ową arabską sektę Assauaów, których poznaje się w Algierze; i podobnie jak ci niewrażliwi, lubi także przy wystawianiu na jaw swej niewrażliwości mieć zaproszoną publiczność, bez której właśnie chętnie obchodzi się epikurejczyk: ten ma przecie swój „ogród”! Dla ludzi, którzy są improwizacją losu, dla takich, którzy żyją w czasach przemocy i zależności od nagłych, zmiennych ludzi, może stoicyzm być bardzo pożyteczny. Kto jednak poniekąd przewiduje, że los pozwoli mu prząść długą nić, czyni dobrze, jeśli urządza się po epikurejsku; wszyscy ludzie duchowej pracy czynili to dotąd! Dla nich bowiem byłoby ubytkiem nad ubytkami utracić swoją pobudliwość i otrzymać natomiast w podarunku stoicką twardą skórę z jeżowymi kolcami.

307.

Na obronę krytyki. – Teraz okazuje ci się błędem coś, co niegdyś kochałeś jako prawdę lub prawdopodobieństwo: odtrącasz to od siebie i mniemasz, że rozum twój odniósł przez to zwycięstwo. Lecz może ów błąd był wówczas, gdy byłeś jeszcze inny – jesteś zawsze inny – tak samo dla ciebie konieczny, jak wszystkie twoje teraźniejsze „prawdy”, niby skóra, która ci wiele zatajała i skrywała, czegoś jeszcze widzieć nie śmiał. Nowe twe życie zabiło dla ciebie owo mniemanie, a nie twój rozum: niepotrzebujesz go już i oto wali się samo, a nierozum wypełza z niego, jak robactwo na światło. Jeśli krytykujemy, to nie jest to niczym samowolnym i bezosobistym – jest to, przynajmniej bardzo często, dowód, że istnieją w nas żywe, popierające wzrost siły, które odtrącają korę. Zaprzeczamy i musimy zaprzeczać, bo coś chce w nas żyć i potwierdzać, coś czego może jeszcze nie znamy, jeszcze nie widzimy! – To na obronę krytyki...

308.

Historia każdego dnia. – Co tworzy u ciebie historię każdego dnia? Przypatrz się swoim nawyknieniom, z których się ona składa: czy są one wytworem niezliczonych drobnych tchórzostw i lenistw, czy też twej waleczności i wynalazczego rozumu? Jakkolwiek różne są oba wypadki: byłoby możliwe, że ludzie udzieliliby ci jednakiej pochwały i że też rzeczywiście przyniósłbyś im, tak czy tak, jednaki pożytek. Jednak pochwała i pożytek, i poważanie mogą wystarczyć temu, kto chce mieć tylko czyste sumienie – lecz nie tobie badaczu nerek, który przeniknąłeś sumienie.

309.

Z siódmej samotności. – Pewnego dnia zatrzasnął wędrowiec drzwi za sobą, stanął i płakał. Potem rzekł: „Ten pęd i popęd do prawdy, rzeczywistości, nie – pozorności, pewności! Jakżem nań zły! Czemuż za mną właśnie chodzi ten namiętny i posępny poganiacz! Chciałbym odpocząć, lecz nie pozwala mi! Wieleż do zatrzymania się kusi mnie rzeczy! Wszędzie istnieją dla mnie ogrody Armidy [zaczarowany ogród pełen zmysłowych rozkoszy,wspaniałych kwiatów i owoców, miejsce, w którym uwięzieni bohaterowie zapominają o swoich obowiązkach; Armida – piękna czarodziejka, bohaterka Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa]: i stąd coraz nowe rozłąki i nowe gorycze serca! Muszę dalej podnosić stopę, tę znużoną, zranioną stopę: a ponieważ muszę, więc rzucam często na najpiękniejszą rzecz, która zatrzymać mnie nie mogła, złe wstecz spojrzenie – ponieważ zatrzymać mnie nie mogła!”.

310.

Wola i fala. – Jak chciwie przybija ta fala, jak gdyby było coś do zdobycia! Jak wpełza z zastraszającym pośpiechem w najwnętrzniejsze kąty skalistych rozpadlin! Zda się chce kogoś ubiec; coś tam zda się ukryte, co ma wartość i wielką wartość. – A teraz powraca, nieco powolniej, wciąż jeszcze cała biała ze wzruszenia – czy rozczarowania? – Czy znalazła, czego szukała? Czy udaje rozczarowaną? Lecz już się zbliża inna fala, chciwsza i dziksza jeszcze niż pierwsza, a także jej dusza zdaje się pełna tajemnic i pożądliwości poszukiwania skarbów. Tak żyją fale – tak żyjemy my, którzy chcemy! – więcej nie powiem. – Tak? Nie ufacie mi? Gniewacie się na mnie, piękne potwory? Lękacie się, że zdradzę całkiem waszą tajemnicę? Nuże! Gniewajcie się na mnie, dźwigajcie swe zielone, niebezpieczne ciała jak wysoko możecie, piętrzcie mur miedzy mną a słońccm – tak jak teraz! Zaprawdę, nic już nie zostało ze świata, jeno zielony zmierzch i błyskawice zielone. Szalejcie, jak chcecie, wy zuchwałe, ryczcie z rozkoszy i złości – lub zanurzcie się znowu, wysypcie w głąb swoje szmaragdy, zarzućcie na nie nieskończone białe kędzierze piany i waru – z wszystkiegom rad, bo z wszystkim tak wam do twarzy i lubię was za wszystko: jakże ja bym was zdradził! Bowiem – słuchajcie dobrze – znam was i waszą tajemnicę, znam wasze plemię! Wy i ja, jesteśmy przecie z jednego plemienia! – Wy i ja mamy przecie jedną tajemnicę!

311.

Załamane światło. – Nie jest się zawsze walecznym i jeśli jest się znużonym, wtedy jęczy się też czasem w ten sposób: „Tak ciężko ból człowiekowi sprawiać – och, że też to potrzebne! Cóż nam pomoże żyć w ukryciu, jeśli nie chcemy dla siebie zachować tego, co wywołuje zgorszenie? Nie byłożby pożyteczniej żyć w zgiełku i względem jednostek naprawiać to, w czym grzeszyć trzeba i grzeszyć się musi względem wszystkich? Być głupim z głupcem, próżnym z próżnym, marzycielskim z marzycielem? Czy nie byłoby to słuszne, wobec tak zuchwałego stopnia zbaczania od ogółu? Gdy słyszę o złościach innych względem siebie – czyż nie jest pierwsze me uczucie uczuciem zadowolenia? Tak słuszna! – zdaję się mówić do nich – przystaję tak mało do was i mam tak wiele słuszności po swej stronie: bawcie się co dzień moim kosztem, jak często możecie! Tu są braki moje i omyłki, tu moje urojenie, mój niesmak, moje zakłopotanie, moje łzy, moja próżność, moja sowia skrytość, moje sprzeczności! Tu naśmiać się możecie! Więc śmiejcie się też i cieszcie! Nie gniewam się na prawo i naturę rzeczy, które chcą, by braki i omyłki sprawiały radość! – Oczywiście, były niegdyś »piękniejsze« czasy, gdy posiadanie każdej poniekąd nowej myśli czyniło jeszcze człowieka w poczuciu swym tak niezbędnym, że wybiegało się z nią na ulicę i wolało: »Patrz! Królestwo Boże się zbliża!« – Nie czułbym swego ubytku, gdyby mnie brakło. Wszyscy jesteśmy zbędni!”. Lecz, jak się rzekło, tak nie myślimy, gdyśmy mężni: nie myślimy o tym.

312.

Mój pies. – Bólowi swemu nadałem imię i wołam go „psie” – jest tak samo wierny, tak samo natrętny i bezwstydny, tak samo zabawny, tak samo mądry, jak każdy inny pies – i mogę być jego panem i złości swe na nim wywierać: jak inni to czynią ze swymi psami, sługami, żonami.

313.

Żadnych obrazów męczeństwa. – Chcę postąpić jak Rafael i nie malować już żadnego obrazu męczeństwa. Jest dość podniosłych rzeczy, by wyszukiwać trzeba wzniosłość tam, gdzie żyje ona w siostrzeństwie z okrucieństwem; a ambicja moja nadto nic znalazłaby żadnego zadowolenia, gdybym chciał zrobić z siebie wzniosłego katowskiego pachołka.

314.

Nowe zwierzęta domowe. – Chcę mieć wkoło siebie swego lwa i swego orła, by mieć każdej chwili wskazówki i przepowiednie i wiedzieć, jak wielka lub jak szczupła jest siła moja. Czy muszę dziś patrzeć w dół ku nim i lękać się ich? I czy powróci godzina, kiedy one ku mnie będą patrzeć w górę, i w lęku?

315.

O ostatniej godzinie. – Burze są mym niebezpieczeństwem: czy spotka mnie burza, która mi zagładę przyniesie, jak Oliwierowi Cromwellowi burza przyniosła zagładę? Czy też zagasnę jak światło, które nie wiatr dopiero zgasił, lecz które znużyło i przesyciło się sobą samym – wypalone światło? Lub w końcu: czy sam siebie zagaszę, by się nie wypalić?

316.

Ludzie proroczy. – Nie macie poczucia, że ludzie proroczy są ludźmi bardzo cierpiącymi: sadzicie, że dany im jest „dar” piękny, i chętnie też sami mieć byście go chcieli – lecz wyrażę się porównaniem. Jak bardzo cierpieć mogą zwierzęta skutkiem elektryczności powietrza i chmur! Widzimy, że niektóre ich rodzaje posiadają proroczą zdolność pod względem pogody, na przykład małpy (jak to nawet jeszcze w Europie dobrze obserwować można i nie tylko w menażeriach: bo na Gibraltarze). Lecz nie myślimy o tym, że ich boleści – są miast nich prorokami! Gdy silna dodatnia elektryczność nagle pod wpływem nadciągającej, jeszcze długo niewidocznej chmury przeistacza się w elektryczność ujemną i gdy przygotowuje się zmiana pogody, wtedy zwierzęta zachowują się tak, jak gdyby zbliżał się nieprzyjaciel iprzysposabiają się do obrony lub do ucieczki; najczęściej chowają się – rozumieją złą pogodę nie jako pogodę, lecz jako wroga, którego rękę już czują.

317.

Spojrzenie wstecz. – Uświadamiamy sobie rzadko patos każdego okresu życia, jako taki, dopóki w okresie tym stoimy, lecz sądzimy, że jest to jedynie odtąd dla nas możliwy i rozumny stan i na wskroś ethos, nie patos – by jak Grecy mówić i odróżniać. Kilka dźwięków muzycznych przywołało mi dziś na pamięć zimę i dom, i najbardziej pustelnicze życie i zarazem uczucie, w którym żyłem wówczas – sądziłem, że wiecznie będę mógł tak żyć. Lecz teraz pojmuję, że było to na wskroś patosem i namiętnością, rzeczą, dającą się przyrównać tej boleściwie otusznej i pewnej pocieszenia muzyce – podobnych rzeczy nie można mieć na lata lub nawet na wieki: byłoby się przez to zbyt „nadziemskim” dla tej planety.

318.

Mądrość w boleści. – W boleści jest tyle mądrości, co w rozkoszy: należy ona, jak ta ostatnia, do najwyższego gatunku sił rodzaj utrzymujących. Gdyby tym nie była, to by była zginęła dawno; że boli, to nie jest argumentem przeciw niej, to jest jej istotą. W boleści słyszę rozkaz kapitana okrętu: „zwijajcie żagle!”. Śmiały żeglarz, człowiek, musiał wyćwiczyć się na sto sposobów ustawiać żagle, inaczej byłoby zbyt prędko po nim, a ocean pochłonąłby go zbyt szybko. Musimy umieć też żyć z uszczuploną energią: skoro tylko ból daje swój sygnał niebezpieczeństwa, czas, by ją uszczuplić – jakieś wielkie niebezpieczeństwo, jakaś burza nadciąga, i dobrze czynimy, „wydymając” się możliwie najmniej. Prawda, że istnieją ludzie, którzy za zbliżaniem się wielkiego bólu słyszą właśnie rozkaz przeciwny i którzy nigdy nic spoglądają dumniej, waleczniej, szczęśliwiej, jak wówczas, gdy burza nadciąga; a nawet ból sam daje im najwyższe chwile! To ludzie heroiczni, wielcy dawcy bólu ludzkości; owi nieliczni lub rzadcy, którzy właśnie tej samej potrzebują apologii, co ból w ogóle – i zaprawdę! – nie należy im jej odmawiać! Są to utrzymujące rodzaj, popierające rodzaj moce najwyższego stopnia i choćby tylko dlatego, że walczą przeciw uczuciu błogości i nie ukrywają wstrętu do tego rodzaju szczęścia.

319.

Jako interpretatorzy swych wydarzeń przeżytych. – Pewien rodzaj uczciwości obcy był wszystkim założycielom religii i im podobnym: nie czynili sobie nigdy ze swych wydarzeń przeżytych poznawczej sprawy sumienia. „Co właściwie przeżyłem? Co wtedy działo się we mnie i wkoło mnie? Czy rozum mój był dość jasny? Czy wola moja była zwrócona przeciw wszystkim oszustwom zmysłów i dzielna w swej obronie przeciw fantastyczności?” – tak nie pytał z nich żaden, tak nie pyta nawet dziś jeszcze żaden z tych miłych pobożnisiów: czują oni raczej pragnienie rzeczy zwracających się przeciw rozumowi i nie chcą sobie robić trudności w zaspakajaniu go – tak tedy przeżywają „cuda” i „odrodzenia” i słyszą głosy aniołów! Lecz my, my inni, spragnieni rozumu, chcemy swym wydarzeniom przeżytym takbystro w oczy patrzeć, jak naukowemu doświadczeniu, godzina po godzinie, dzień w dzień! My sami sobie chcemy być doświadczeniami i zwierzętami doświadczalnymi.

320.

Widząc się znowu. – A: „Czy rozumiem cię jeszcze dobrze? Szukasz? Gdzie jest pośród teraźniejszego rzeczywistego świata twój kąt i gwiazda? Gdzie ty możesz położyć się w słońcu, tak by i tobie dostała się jakaś przewyżka dobra i byt twój znalazł usprawiedliwienie? Niech to każdy sam za siebie czyni – zdajesz się mi mówić – i niech wybije sobie z głowy gadanie o ogóle, troskę o innych i o społeczność!”. – B: „Chcę więcej, nie jestem szukającym. Chcę dla siebie własne słońce stworzyć”.

321.

Nowa przezorność. – Nie każcie nam już myśleć tyle o karach, naganach i poprawach. Rzadko zmienimy jakąś jednostkę; a gdyby nam to się udało, to może niepostrzeżenie uda nam się coś jeszcze: ujrzymy, że ona nas zmieniła! Dbajmy raczej, by nasz własny wpływ na wszystko, co przyjdzie, więcej niż jej wpływ ważył i przeważył! Nie walczmy w zapasach wręcz! – a tym są wszelkie kary, nagany i chęci poprawy! – lecz podnieśmy siebie samych tym wyżej! Nadajmy swemu wzorowi coraz bardziej lśniące barwy! Zaciemnijmy tamtego swoim światłem! Nie! Nie chcemy gwoli niemu stać się sami ciemniejsi, podobnie wszystkim karzącym i niezadowolonym! Chadzajmy raczej uboczem! Odwracajmy wzrok!

322.

Porównanie. – Owi myśliciele, w których wszystkie gwiazdy kołowymi kolejami krążą, nie są najgłębsi; kto wgląda w siebie, jak w olbrzymi przestwór świata i drogi mleczne w sobie nosi, ten też wie, jak nieprawidłowe są wszystkie drogi mleczne; wiodą aż do chaosu i labiryntu bytu.

323.

Szczęście w przeznaczeniu. – Największe odznaczenie wyświadcza nam przeznaczenie, gdy kazało nam czas pewien walczyć po stronie naszych przeciwników. Przez to zostaliśmy z góry przeznaczeni do wielkiego zwycięstwa.

324.

In media vita. – Nie! Życie mnie nie zawiodło! Z roku na rok znajduję je coraz bogatszym, godniejszym pożądania i pełniejszym tajemnic – od owego dnia, gdy nawiedziła mnie wielkaoswobodzicielka, owa myśl, że życie może być doświadczeniem poznającego – a nie obowiązkiem, a nie potrzebą, a nie oszustwem! – A poznanie samo: niech będzie komuś innemu czymś innym, na przykład łożem spoczynku, lub drogą do łoża spoczynku, lub zabawą, lub próżnowaniem – dla mnie jest ono światem niebezpieczeństw i zwycięstw, gdzie i heroicznym uczuciom nie braknie miejsc do tańca i ochoty. „Życie jest środkiem poznania” – z tą zasadą w sercu można nie tylko dzielnie, lecz można nawet żyć wesoło i śmiać się wesoło! A któż umiałby w ogóle dobrze śmiać się i żyć, jeśli wpierw nie znał się dobrze na wojnie i zwycięstwie?

325.

Czego do wielkości potrzeba. – Któż osiągnie coś wielkiego, nie czując w sobie mocy i woli zadawania wielkich cierpień? Umieć cierpieć to najmniejsza: słabe kobiety, a nawet niewolnicy, doprowadzają w tym często do mistrzostwa. Lecz nie zginąć z wewnętrznej niedoli i niepewności, kiedy się wielki ból zadaje i słyszy tego bólu krzyk – to jest wielkie i tego do wielkości potrzeba.

326.

Lekarze dusz i ból. – Wszyscy kaznodzieje moralni, jak i wszyscy teologowie, posiadają jeden wspólny narów: wszyscy starają się wmówić w ludzi, że jest z nimi bardzo źle i że konieczna jest twarda, ostateczna, radykalna kuracja. A ponieważ ludzie na ogół zbyt gorliwie, i przez całe stulecia, podawali naukom tym ucho, przeszło w końcu rzeczywiście na nich coś z tego zabobonu, że bardzo źle z nimi: tak, że już dziś zbyt chętni są i gotowi wzdychać i niczego nie znachodzić już w życiu i stroić wzajemnie posępne miny, jak gdyby naprawdę już zbyt ciężko było wytrzymać. W rzeczywistości są oni niepohamowanie pewni swego życia i zakochani w nim – i pełni niewymownych chytrości i przebiegłości, aby przełamać nieprzyjemność, a bólowi i nieszczęściu cierń jego wyrwać. Zda mi się, że o boleści i nieszczęściu mówi się zawsze przesadnie, jak gdyby przesada w tym względzie była rzeczą wyższego sposobu życia: natomiast milczy się z umysłu o tym, że na boleść istnieje cały bezlik środków sprawiających ulgę, jak ogłuszenia lub gorączkowy pośpiech myśli, lub spokojne położenie, lub dobre i złe wspomnienia, zamysły, nadzieje i wiele rodzajów dumy i litości, które wywierają nieomal działanie anaestheticorum, gdy tymczasem, przy najwyższych stopniach bólu, następują już same z siebie omdlenia. Znamy się wcale dobrze na wsączaniu słodyczy w swe gorycze, to jest w gorycze duszy; mamy środki pomocne w swej waleczności i wzniosłości, jak i w szlachetniejszych deliriach uległości i rezygnacji. Strata jest ledwo godzinę stratą: w jakiś sposób spada nam wraz z nią jakiś podarunek z nieba – nowa siła na przykład: a choćby tylko nowa sposobność do siły! Cóż majaczyli kaznodzieje moralni o wewnętrznej „niedoli” złych ludzi! Cóż nam łgali nawet o nieszczęściu ludzi namiętnych! – tak, łgarstwo jest tu należytym słowem: wiedzieli bardzo dobrze o przebogatym szczęściu tego rodzaju ludzi, lecz przemilczali je na śmierć, ponieważ obalało ich teorię, wedle której wszelkie szczęście powstaje dopiero po zniszczeniu namiętności i zamilknięciu woli! A co na ostatek dotyczy recepty tych wszystkich dusznych lekarzy i ich zachwalania twardej, radykalnej kuracji, to wolno spytać: czy to nasze życie jest rzeczywiście dość bolesne i uciążliwe, by z korzyścią było wymienienie go na stoicki sposób życia i skamieniałość? Nie jest nam tak źle, byśmy się źle mieć musieli na sposób stoicki!327.

Brać poważnie. – Intelekt jest u największej części ludzi ociężałą. ciemną i skrzypiącą maszyną, którą trudno w ruch wprawić: nazywają to „rzecz brać poważnie”, jeśli chcą z pomocą tej maszyny pracować i sprawnie myśleć – o, jakże trudno musi im być sprawnie myśleć! Rozkoszne zwierzę człowiek traci, zda się, dobry humor każdym razem, gdy sprawnie myśli: staje się „poważne”! A „gdzie śmiech i wesołość, tam nic po myśleniu” – tak brzmi przesąd tego najpoważniejszego zwierzęcia względem wszelkiej „wiedzy radosnej”. – Nuże! Pokażmy, że to przesąd!

328.

Szkodzenie głupocie. – Niewątpliwie, że tak uparcie i z takim przekonaniem głoszona wiara, iż egoizm jest pogardy godny, przyniosła na ogół szkodę egoizmowi (na rzecz, jak to stokrotnie powtarzać będę, instynktu stadnego), mianowicie przez to, że odebrała mu czyste sumienie i kazała w nim szukać właściwego żródła wszelkiego nieszczęścia. „Samolubstwo twoje jest nieszczęściem twego życia” – tak brzmiało kazanie przez całe wieki: przyniosło to, jak się rzekło, szkodę samolubstwu i odebrało mu wiele ducha, wiele pogody, wiele wynalazczości, wiele piękności; ogłupiło, zeszpeciło i zatruło samolubstwo! – Filozoficzna starożytność natomiast pouczała o innym głównym źródle nieszczęścia: od Sokratesa myśliciele nieznużenie pouczali: „wasza bezmyślność i głupota, wasze oddawanie się falom życia bez prawidła, wasze podporządkowanie się mniemaniom sąsiada jest powodem, dla którego tak rzadko dochodzicie do szczęścia – my myśliciele jesteśmy jako myśliciele najszczęśliwsi”. Nie rozstrzygajmy tu, czy kazanie to przeciw głupocie jest lepiej uzasadnione niż owo kazanie przeciw samolubstwu; to jednak pewna, że odebrało głupocie czyste sumienie – ci filozofowie wyrządzili szkodę głupocie.

329.

Wczas i próżnowanie. – Jest indyjska, krwi indyjskiej właściwa dzikość w sposobie, w jaki Amerykanic zabiegają o złoto: a ich pośpiech bez tchu w pracy – właściwy występek Nowego Świata – zaczyna już zarażać starą Europę dzikością i zupełnie dziwną rozpościerać ponad nią bezduszność. Wstydzą się już dziś ludzie spoczynku; długie rozmyślanie sprawia nieomal wyrzuty sumienia. Myśli się z zegarkiem w ręku, jak się je obiad, z okiem zwróconym na gazetę giełdową – żyje się jak ktoś, który ustawicznie „mógłby czegoś zaniedbać”. „Lepiej co bądź robić, niż nic” – i ta zasada jest sznurem do zdławienia wszelkiego wykształcenia i wszelkiego wyższego smaku. I jak naocznie wszystkie formy giną z powodu tego pośpiechu pracujących: tak też zamiera wszelkie poczucie samej formy, ucho i oko dla melodii poruszeń. Dowód tego leży w wymaganej teraz wszędzie niezgrabnej wyraźności we wszystkich położeniach, gdzie człowiek chce być uczciwy wobec ludzi, w obcowaniu z przyjaciółmi, kobietami, krewnymi, dziećmi, nauczycielami, uczniami, przewodnikami i książętami – nie ma się wcale czasu i wcale siły na ceremonie, na uprzejmości w sposób niebezpośredni, na wszelkie esprit zabawy i w ogóle na wszelkie otium [spokój, odpoczynek; również – czas przeznaczony na pracę umysłową]. Bo życie wśród łowów za zyskiem zmuszanieustannie do ekspensowania ducha swego aż do wyczerpania, w ustawicznym maskowaniu się i podejściu, i ubieganiu: właściwą dziś cnotą jest uczynić coś w krótszym czasie niż ktoś inny. Tak więc istnieją rzadko tylko godziny dozwolonej uczciwości: w tych jednak jest się znużonym i chciałoby się nie tylko sobie „dać folgę”, lecz się wzdłuż i wszerz, i niezgrabnie rozciągnąć. Stosownie do tego pisze się teraz listy, których styl i duch pozostanie zawsze właściwym „znamieniem czasu”. Jeśli istnieją jeszcze przyjemności towarzyskie i artystyczne, to są to przyjemności, jakie przyrządzają sobie zapracowani do upadłego niewolnicy. Och, to zadowolenie „radości” u tych wykształconych i nieukształconych! Och, to wzbierające podejrzewanie wszelkiej radości! Praca pozyskuje coraz bardziej wszelkie czyste sumienie: skłonność do radości nazywa się już „potrzebą wypoczynku” i zaczyna się wstydzić samej siebie. „Winno się coś swemu zdrowiu” – mówi się, gdy nas schwytano na wycieczce. Nawet wkrótce dojść może do tego, że się ulegać będzie skłonności do życia kontemplacyjnego (to znaczy do przechadzki z myślami i przyjaciółmi) nie bez pogardy dla siebie i nieczystego sumienia. – Otóż! Niegdyś było odwrotnie: na pracy ciążyło nieczyste sumienie. Człowiek dobrego pochodzenia ukrywał swą pracę, gdy go potrzeba do pracy zmuszała. Niewolnik pracował pod uciskiem uczucia, że czyni coś pogardy godnego – „czynność” sama była czymś pogardy godnym. „Dostojność i cześć posiada jedynie otium i bellum [wojna, służba wojskowa]”: tak brzmiał głos starożytnego przesądu.

330.

Poklask. – Myśliciel nie potrzebuje poklasku i bicia w dłonie, pod warunkiem, że pewny jest własnego przyklasku: bez tego jednak obejść się nie może. Czy są ludzie, którzy i bez tego i bez wszelkiego w ogóle rodzaju poklasku obejść się mogą? Wątpię; i nawet o najmędrszych mówi Tacyt, który nie jest oszczercą mędrców: quando etiam sapientibus gloriae cupido novissima exuitur [kiedy nawet mądrzy wyzbędą się największego pragnienia sławy] – to znaczy u niego: nigdy.

331.

Raczej głuchym być niż ogłuszonym. – Niegdyś chciano sobie stworzyć rozgłos: dziś nie wystarcza to już, bo targowisko jarmarczne zbyt stało się wielkie – dziś musi to być rozkrzyk. Wynikiem tego jest, że i dobre gardła się przekrzyczą, a najlepszy nawet towar zachwalają głosy ochrypłe; bez jarmarcznego krzykactwa i chrypki nie ma dziś geniuszu. – Jest to oczywiście złe stulecie dla myśliciela: musi on uczyć się wśród dwu wrzasków znachodzić jeszcze sobie ciszę i tak długo udawać głuchego, aż się nim stanie. Póki się tego nie nauczył, grozi mu niebezpieczeństwo, że zginie z niecierpliwości i bólów głowy.

332.

Zła godzina. – Każdy z pewnością filozof miał złą godzinę, kiedy myślał: cóż ja znaczę, jeśli nie wierzą także moim złym argumentom! I wówczas przeleciał jakiś złośliwy ptaszek obok niego i ćwierkał: „Cóż ty znaczysz! Cóż ty znaczysz!”.

333.

Co znaczy poznawać? – Non ridere, non lugere, neque detestari, sed intelligere! [nie śmiać się, nie biadać ani nie przeklinać, lecz rozumieć] mówi Spinoza – tak prosto i wzniośle, jak to jest jego zwyczajem. Tymczasem: czymże innym jest w gruncie rzeczy to intelligere, jeśli nie formą, w której nam owe trzy pierwsze uczucia naraz uczuć się dają? Wynikiem tych różnych i sprzeciwiających się sobie popędów: chęci wyśmiewania, oskarżania, przeklinania. Zanim możliwe jest poznanie, musiał wpierw każdy z tych popędów wyjawić swoje jednostronne zapatrywanie na pewną rzecz lub zdarzenie; następnie powstała walka tych jednostronności, a z niej wynikł pewien pośrodek, uspokojenie, pewne przyznanie słuszności na wszystkie trzy strony, pewnego rodzaju sprawiedliwość i ugoda; bo dzięki sprawiedliwości i ugodzie mogą wszystkie te popędy ocalić swe istnienie i zarazem słuszność. My, do których świadomości dochodzą tylko ostatnie sceny pojednania i końcowe obrachunki tego długiego przebiegu, sądzimy następnie, że intelligere jest czymś pojednawczym, sprawiedliwym, dobrym, czymś istotnie popędom przeciwstawionym; gdy tymczasem jest ono tylko pewnym zachowaniem się wzajemnym popędów. Przez bardzo długie czasy pojmowano myślenie jako myślenie w ogóle: teraz dopiero świta nam prawda, że największa część naszego duchowego działania przebiega bez naszej świadomości i naszego czucia: sądzę jednak, że te popędy, które tu walczą z sobą, są snadź zdolne dać się przy tym uczuć sobie wzajem i ból sobie sprawiać – owo gwałtowne, nagłe wyczerpanie, które nawiedza wszystkich myślicieli, tu może mieć swoje źródło (jest to wyczerpanie na polu walki). Być może, że w walczących wnętrzach naszych istnieje niejeden ukryty heroizm, lecz z pewnością nic boskiego, wiecznie spoczywającego w sobie, jak mniemał Spinoza. Myślenie świadome, a mianowicie myślenie filozofa, jest najsłabszym i dlatego też stosunkowo najłagodniejszym i najspokojniejszym rodzajem myślenia: i dlatego właśnie filozof może najłatwiej pobłądzić co do natury poznania.

334.

Trzeba nauczyć się kochać. – Tak dzieje się z nami w muzyce: naprzód trzeba się w ogóle jakiejś figury lub zwrotki nauczyć słuchać, dosłuchiwać, rozróżniać, odosabniać jako pewne życie dla siebie i odgraniczać; potem trzeba trudu i dobrej woli, by ją znosić mimo jej obcości, mieć cierpliwość dlajej spojrzenia i wyrazu i dobrotliwość dla tego co w niej dziwne – w końcu przychodzi chwila, gdy do niej przywykamy, kiedy jej oczekujemy, gdy przeczuwamy, że brakłoby nam jej, gdyby jej nie stało i teraz zniewala nas ona i wywiera swój czar ciągle, ciągle i nie przestaje dopóty, dopóki nie staniemy się jej pokornymi i zachwyconymi kochankami, którzy niczego lepszego już nie chcą od świata, tylko jej i znowu jej. – Tak jednak dzieje się z nami nie tylko w muzyce: właśnie tak nauczyliśmy się kochać wszystkie rzeczy, które kochamy. Otrzymujemy ostatecznie zawsze nagrodę za naszą dobrą wolę, cierpliwość, sprawiedliwość, łagodność względem obcości – w tym, że obcość odrzuca z wolna swą zasłonę i nowe niewysłowione ukazuje piękno – jest to jej podzięka za naszą gościnność. – Tak samo jeśli kto samego siebie kocha, nauczył się tego tą samą drogą. Nie ma innej drogi. I kochać trzeba się uczyć.

335.

Górą fizyka! – Iluż to ludzi umie obserwować! I wśród tych nielicznych, którzy to umieją iluż obserwuje siebie samych! „Każdy jest samemu sobie najdalszy!” – wiedzą to wszyscy badacze nerek, ku swej przykrości; a zdanie „poznaj siebie samego” jest, w ustach Boga i do ludzi powiedziane, nieomal złośliwością. Że jednak tak rozpaczliwie ma się rzecz z obserwacją siebie, o tym nie świadczy nic bardziej niż sposób, w jaki prawie każdy mówi o istocie jakiejś moralnej czynności, ten szybki, łatwy, pewny siebie, gadatliwy sposób, to jego spojrzenie, uśmiech, usłużna gorliwość. Ktoś zda się chce ci powiedzieć: „Ależ, mój drogi, trafiłeś bardzo dobrze! Zwracasz się ze swym pytaniem właśnie do kogoś, kto ma prawo udzielić ci odpowiedzi: przypadkiem w niczym nie jestem tak mądry, jak w tym. Więc: jeśli człowiek osądzi »tak jest słusznie«, jeśli potem wnioskuje »dlatego stać się to musi!« i wtedy czyni, co w ten sposób uznał za słuszne i konieczne – to istota jego czynności jest moralna!”. Lecz, przyjacielu mój, mówisz mi tu o trzech czynnościach miast o jednej: także twój sąd na przykład „tak jest słusznie” jest czynnością – czyż nie można już było sądzić w moralny lub niemoralny sposób? Dlaczego uważasz to i właśnie to za słuszne? – „Bo mówi mi to moje sumienie; sumienie nie przemawia nigdy niemorainie, ono określa przecie, co ma być moralne!” – Lecz dlaczego słuchasz głosu swego sumienia? I o ile posiadasz prawo uważać taki sąd za prawdziwy i nieomylny? Dla tej wiary – czyż już nie ma sumienia? Czy nic nie wiesz o sumieniu intelektualnym? O sumieniu poza swym „sumieniem”? Sąd twój „tak jest słusznie” ma przeddzieje w twoich popędach, skłonnościach, odrazach, doświadczeniach i niedoświadczeniach; „jakże więc powstał?” winieneś pytać, a potem jeszcze: „co prze mnie właściwie do dania mu posłuchu?”. Możesz rozkazowi jego dać posłuch jak dzielny żołnierz, który słyszy rozkaz swego oficera. Lub jak kobieta, która kocha rozkazującego. Lub jak pochlebca i tchórz, który się rozkazującego boi. Lub jak głupiec, który idzie za czymś, bo nie ma co rzec przeciw temu. Słowem, na sto sposobów możesz sumieniu swemu dawać posłuch. Lecz to, że słyszysz ten i ów sąd jako głos sumienia – więc, że odczuwasz coś jako słuszne, może zależeć od tego, że nigdy nie rozmyślałeś nad sobą, i przyjmowałeś na ślepo, co ci od dzieciństwa jako słuszne określano: lub od tego, że chleb i zaszczyty były dotąd twym udziałem dzięki temu, co obowiązkiem zwiesz swoim – uchodzi to u ciebie za „słuszne”, ponieważ zdaje ci się twoim „warunkiem bytu” (że jednak posiadasz słuszne prawo do bytu, zda ci się niezbitym!). Niewzruszoność twego moralnego sądu mogłaby zawsze być jeszcze dowodem właśnie twojej osobistej marnoty, bezosobistości, twoja „moralna siła” mogłaby mieć swe źródło w twoim uporze – lub w twojej niezdolności widzenia nowych ideałów! I, krótko mówiąc: gdybyś był bystrzej myślał, lepiej obserwował i więcej się uczył, to tego obowiązku swego i tego „sumienia” swego nie byłbyś już w żadnym razie nazywał obowiązkiem i sumieniem; wiadomość tego, jak w ogóle niegdyś powstały sądy moralne, zmierziłaby ci te patetyczne słowa – tak jak obmierzły ci już inne patetyczne słowa, na przykład „grzech”, „zbawienie duszy”, „odkupienie”. – A teraz nie mów mi nic o kategorycznym rozkazie, mój przyjacielu! – słowo to łaskocze mi ucho i śmiać się muszę, mimo twą tak poważną obecność: przypomina mi się przy tym stary Kant, który za karę, że matactwem zdobył „rzecz samą w sobie” – także rzecz bardzo śmieszną – został omotany przez „kategoryczny imperatyw” i, z nim w sercu, z powrotem zabłądził do „Boga”, „duszy”, „wolności” i „nieśmiertelności”, podobny lisowi, który z powrotem zabłądził do swej klatki – choć jego to siła i rozsądek rozbiły tę klatkę! Jak to? Podziwiasz kategoryczny imperatyw w sobie? Tę „niewzruszoność” swego tak zwanego moralnego sądu? Tę „bezwzględność” uczucia „tak, jak ja, muszą wszyscy o tej rzeczy sądzić”! Podziwiaj raczej w tym swe samolubstwo! I ślepotę, małostkowość i bezpretensjonalność swego samolubstwa! Samolubstwem bowiem jest odczuwać swój sąd jako prawo powszechne: a ślepe, małostkowe i bezprętensjonalne znowu samolubstwo, ponieważ zdradza, żeś samego siebie jeszcze nieodkrył, żeś samemu sobie jeszcze żadnego własnego, najbardziej własnego nic stworzył ideału – ten bowiem nie mógłby nigdy być ideałem dla innych, nic mówiąc już o wszystkich, wszystkich! – – Kto jeszcze sądzi: „tak musi w tym wypadku czynić każdy”, nie uczynił jeszcze ani pięciu kroków na drodze samopoznania: inaczej by wiedział, że nie ma ani jednakich czynności, ani ich być nie może – że każda czynność spełniona została spełniona w sposób zupełnie jedyny i niepowrotny i że tak samo rzecz będzie się miała z każda czynnością przyszłą, że wszystkie przepisy działania stosują się tylko do grubej strony zewnętrznej (i nawet najwnętrzniejsze i najsubtelniejsze przepisy wszystkich dotychczasowych moralności) – że z ich pomocą można osiągnąć pewien pozór tożsamości, lecz właśnie tylko pozór – że każda czynność, czy na nią patrzymy podczas jej przebiegu, czy po przebiegu, jest i zostanie rzeczą nieprzeniknioną – że nasze mniemania o „dobrym”, „szlachctnym”, „wielkim” nie mogą być nigdy dowiedzione naszymi czynnościami, ponieważ wszelka czynność jest niepoznawalna – że niezawodnie nasze mniemania, oceny wartości i tablice dóbr należą do najpotężniejszych dźwigni w kółkowej maszynerii naszych czynności, że jednak w każdym poszczególnym wypadku prawo ich mechaniki jest nie do wykazania. Ograniczmy się więc do oczyszczenia swych mniemań i ocen wartości i do stworzenia nowych własnych tablic dóbr – nie ślęczmy jednak dłużej „nad moralną wartością swych postępków”! Tak, przyjaciele moi! Do całego moralnego gadulstwa jednych o drugich czas poczuć wstręt! Sprawowanie sądów moralnych niech się naszemu sprzeciwia smakowi! Pozostawmy tę gadaninę i ten zły smak tym, którzy nie mają nic więcej do roboty, jak przeszłość o mały kawałek posuwać dalej w czasie, i którzy sami nigdy nie są teraźniejszością – więc licznym, nazbyt licznym! My jednak bądźmy tym, czym jesteśmy – nowymi, jednokrotnymi, nieporównywalnymi, prawodawcami sobie samym, twórcami samych siebie! A na to trzeba nam być najlepszymi uczniami i odkrywcami wszelkiej prawności i konieczności w świecie; musimy być fizykami, byśmy w każdym znaczeniu twórcami być mogli – gdy tymczasem dotychczas wszelkie oceny wartości i ideały zbudowane były na nieznajomości fizyki lub sprzeczności z nią. A przeto: górą fizyka! A bardziej górą jeszcze to, co do niej nas zmusza – nasza rzetelność!

336.

Skąpstwo natury. – Czemuż tak skąpa była natura względem ludzi, że nie pozwoliła im świecić, temu więcej, owemu mniej, stosownie do jego wnętrznej pełni światła? Dlaczego wielcy ludzie nie sprawiają tak pięknego widoku, jak słońce o wschodzie i zachodzie? O ile mniej dwuznaczne byłoby wszelkie życie pośród ludzi!

337.

Przyszłe „człowieczeństwo”. – Kiedy patrzę oczyma odległego stulecia na obecne, to nie umiem dopatrzyć się w teraźniejszym człowieku niczego godniejszego uwagi nad jego osobliwą młodość i chorobę zwaną „zmysłem historycznym”. Jest to zaród czegoś zupełnie nowego i obcego w dziejach: gdyby dać temu ziarnu kilka stuleci i więcej, to by mogła z tego w końcu cudowna wyróść roślina o równie cudownej woni, gwoli której milej by było mieszkać na naszej starej ziemi niż dotąd. My teraźniejsi zaczynamy właśnie tworzyć łańcuch przyszłego bardzo potężnego uczucia, ogniwo po ogniwie – nie wiemy prawie, co czynimy. Nieomal zda nam się, jak gdyby chodziło nie o nowe uczucie, lecz o ubywanie wszelkich starych uczuć – zmysł historyczny jest jeszcze czymś tak biednym i zimnym, a wielu opadaon jakby mróz i jeszcze biedniejszymi, i zimniejszymi czyni. Innym wydaje się oznaką nadpełzającej starości, a planeta nasza uchodzi u nich za osmętniałego chorego, który, by zapomnieć o swojej chorobie, spisuje sobie dzieje swej młodości. Rzeczywiście jest to jedna barwa tego nowego uczucia: kto dzieje wszystkich ludzi odczuwać umie jako własne dzieje, ten odczuwa w ogromnym uogólnieniu całą ową zgryzotę chorego, który myśli o zdrowiu, starca, co sen młodości wspomina, kochanka, któremu porwano kochankę, męczennika, którego ideał w ruinach, bohatera w wieczór bitwy, która nie rozstrzygnęła niczego, a jednak przyprawiła go o rany i stratę przyjaciela – lecz dźwigać tę ogromną sumę zgryzoty wszelkiego rodzaju, móc dźwigać, a jednak jeszcze być tym bohaterem, który o brzasku następnego dnia bitwy wita jutrzenkę i szczęście swoje, jako człowiek o widnokręgu tysiącleci przed sobą i za sobą, jako spadkobierca wszelkiej dostojności, wszelkiego przeszłego ducha i spadkobierca wdzięczny, jako szlachectwem najwyższy z wszystkich dawnych szlachetnych i zarazem pierworodny nowej szlachty, jakiej podobnej nie widział dotąd i nie śnił czas żaden: wszystko to w jedną wziąć duszę, wszystko najstarsze i najnowsze, straty, nadzieje, zdobycze, zwycięstwa ludzkości; wszystko to w końcu w jedną wziąć dusze i w jedno ścisnąć uczucie – to musiałoby wytworzyć szczęście, jakiego dotąd nie znał jeszcze człowiek – szczęście Boga pełne mocy i miłości, pełne łez i śmiechu, szczęście, które, jak słońce wieczorem, ustawicznie ze swego niewyczerpanego bogactwa rozdarowuje i sypie w morze i jak ono, wówczas dopiero najbogatszym się czuje, gdy i najuboższy rybak złotym wiosłuje wiosłem! To boskie uczucie zwałoby się wówczas – człowieczeństwem!

338.

Żądza cierpienia i litościwi. – Czy jest dla was samych pożytkiem być przede wszystkim ludźmi litościwymi? I czy dla cierpiących jest to pożytkiem, gdy nimi jesteście? Lecz pozostawmy pierwsze pytanie na chwilę bez odpowiedzi. To, skutkiem czego najgłębiej i najosobiściej cierpimy, jest prawie dla wszystkich innych niezrozumiale i niedostępne; to ukryte jest w nas przed bliźnim, choćby nawet jadł z nami z jednego garnka. Powszechnie jednak, gdy nas za cierpiących uważają, płasko tłumaczą sobie nasze cierpienie; jest to właściwym istocie litościwej przychylności, że wyzuwa ona cudze cierpienie z właściwej mu osobistości – nasi „dobroczyńcy” są bardziej niż nasi wrogowie, umniejszycielami naszej wartości i woli. W najliczniejszych dobrodziejstwach wyświadczanych nieszczęśliwym leży coś oburzającego intelektualną płochością, z jaką litościwy odgrywa rolę przeznaczenia: nie wie on o całej wewnętrznej ciągłości i zawikłaniu, które zwie się nieszczęściem dla mnie lub dla ciebie. Cała ekonomia mojej duszy i jej wyrównanie przez „nieszczęście”, wybuch nowych źródeł i potrzeb, zabliźnienie starych ran, odtrącenie całych przeszłości – o nic podobnego, co wiązać się może z nieszczęściem, nie troszczy się ten poczciwy litościwiec: chce pomóc i nie myśli o tym, że istnieje osobista konieczność nieszczęścia, że mnie i tobie strach, niedostatek, zubożenie, północe, przygody, zuchwalstwa, pomyłki tak są potrzebne, jak ich przeciwieństwo, że – aby się mistycznie wyrazić – ścieżka do własnego nieba prowadzi zawsze przez rozkosz własnego piekła. Nie, on o tym nic nie wie: „religia litości” (lub „serce”) nakazuje pomagać, a mniema się, że się najlepiej pomogło, jeśli się najszybciej pomogło! Jeśli wy, zwolennicy tej religii, jesteście rzeczywiście tak samo usposobieni także wobec siebie, jak wobec swych współbraci, jeśli nie chcecie swemu własnemu cierpieniu pozwolić spoczywać na was choćby godzinę i ustawicznie już z dali zapobiegacie wszelkiemu możliwemu nieszczęściu, jeśli cierpienie i przykrość w ogóle odczuwacie jako złe, nienawistne i zniszczenia godne, jako plamę na istnieniu: to wówczas, oprócz waszej religii litości, macie inną jeszcze religię w sercu, a ta jest może matką tamtej –religię wygody. Ach, jak mało wiecie o szczęściu człowieka, wy wygodni i dobroduszni! Bo szczęście i nieszczęście to dwoje rodzeństwa i bliźniąt, które wzrastają razem lub, jak u was, pozostają razem małymi! Lecz wróćmy teraz do pierwszego pytania. – Jak jest możliwe, pozostać na swojej drodze! Ustawicznie woła nas jakiś krzyk na bok; oko nasze widzi tu rzadko coś, wobec czego nie trzeba by porzucić natychmiast własnej sprawy i skoczyć na pomoc. Wiem to; jest sto przyzwoitych i chlubnych sposobów, bym się mógł zbić ze swojej drogi i zaprawdę, najbardziej „moralnych” sposobów. A nawet zapatrywanie dzisiejszych moralnych kaznodziejów litości dochodzi tak daleko, że właśnie to i tylko to jest jedynie moralne – w ten sposób zgubić swoją drogę i skoczyć bliźniemu na pomoc. Wiem to tak samo dohrze: trzeba tylko, bym się oddał widokowi rzeczywistej niedoli, a jestem zgubiony! I gdyby przyjaciel cierpiący rzekł do mnie: „Patrz, wkrótce umrę; przyrzeknij mi, że ze mną umrzesz” – to bym przyrzekł, tak samo, jak widok owego za wolność swą walczącego ludku górskiego przywiódłby mnie do oddania mu dłoni mej i życia mego: by z dobrych pobudek złe wybrać przykłady. Istnieje nawet pewna tajna pokusa w tym wszystkim, co wzbudza litość i wzywa pomocy: właśnie nasza „własna droga” jest rzeczą zbyt twardą i wymagającą, i zbyt daleką od miłości i wdzięczności innych – nie uciekamy od niej zbyt niechętnie, od niej i swego własnego sumienia i chronimy się pod skrzydło sumienia innych i we wnętrze miłej świątyni „religii litości”. Skoro teraz jakaś wojna wybucha, to wybucha z nią też zawsze, i właśnie w najszlachetniejszych jakiegoś narodu, tajemnie oczywiście ukrywana uciecha: rzucają się z zachwytem w nowe niebezpieczeństwo śmierci, ponieważ sądzą, iż w poświęceniu się za ojczyznę znajdują wreszcie owo długo szukane pozwolenie – pozwolenie uchylenia się od swego celu – wojna jest dla nich manowcem ku samobójstwu, lecz manowcem z czystym sumieniem. I zamilczając tu niejedno – nie chcę jednak zamilczeć głosu swej moralności, która mi mówi: żyj w ukryciu, byś mógł żyć dla siebie! Żyj w niewiadomości tego, co twemu stuleciu zdaje się najważniejsze! Odgrodź siebie od dnia dzisiejszego co najmniej skórą trzech stuleci! A niech krzyk dnia dzisiejszego, zgiełk wojen i rewolucji będzie ci pomrukiem! Będziesz też szedł z pomocą: lecz tylko tym, których niedolę rozumieć będziesz, bo mają z tobą jeden ból i jedną nadzieję – przyjaciołom swoim: i tylko w ten sposób, jak sobie samemu przychodzisz z pomocą – chcę ich uczynić odważniejszymi, wytrzymalszymi, prostszymi, weselszymi! Chcę ich nauczyć tego, co umie dziś tak niewielu, a najmniej owi kaznodzieje współcierpienia – wspólnej radości!

339.

Vita femina. [życie (jako) kobieta] – By ujrzeć największe piękności jakiegoś dzieła – nie wystarczy żadna wiedza i żadna dobra wola; potrzeba najrzadszych szczęśliwych przypadków, by ustąpiła dla nas zasłona chmur z tych wierzchołków i jasne na nich zapłonęło słońce. By to widzieć, musimy nie tylko stać właśnie na należytym miejscu: właśnie nasza dusza sama winna zdjąć zasłonę ze swoich wyżyn i zapragnąć zewnętrznego wyrazu i obrazu, niejako by uzyskać oparcie i posiąść moc nad sobą. Wszystko to jednak zdarza się tak rzadko jednocześnie, iż jestem skłonny sądzić, że najwyższe wyżyny wszelkiego dobra, czy to jest dzieło, czyn, człowiek, natura, były dotychczas dla najliczniejszych, a nawet dla najlepszych, czymś ukrytym i zasłoniętym – co jednak nam się odsłania, odsłania nam się tylko raz! – Grecy modlili się: „wszystkiego, co piękne – dwa lub trzy razy!” – ach, mieli słuszny powód do wzywania bogów, bo nieboska rzeczywistość nie daje nam piękna wcale lub raz! Chcę rzec, że świat przepełny jest rzeczy pięknych, lecz mimo to ubogi, bardzo ubogi w piękne chwile i odsłonięcia tych rzeczy. Lecz może to jest najsilniejszym czarem życia: przetkanazłotem zasłona pięknych możliwości spoczywa na nim obiecująca, oporna, wstydliwa, szydercza, litosna, uwodna. Tak, życie jest kobietą!

340.

Umierający Sokrates. – Podziwiam dzielność i mądrość Sokratesa we wszystkim, co czynił, powiedział – i nie powiedział. Ten drwiący i zakochany potwór i łowca szczurów ateński, który w drżenie i łkanie wprawiał junaczych młodzieńców, był nie tylko najmędrszym gadułą, jaki istniał: tak samo wielki był w milczeniu. Chciałbym, by i w ostatnich chwilach życia był milczał – może należałby wówczas do wyższego jeszcze rzędu duchów. Czy to śmierć była, czy trucizna, czy pobożność czy złośliwość – coś rozwiązało mu w owej chwili język i rzekł: „O Krytonie, winienem Asklepiosowi koguta”. To śmieszne i straszliwe „ostatnie słowo” znaczy dla tego, kto ma uszy: „O Krytonie, życie jest chorobą!”. To możliwe! Człowiek, jak on, który żył pogodnie i przed oczami wszystkich jak żołnierz – był pesymistą! Nadrabiał tylko miną wobec życia i za życia ukrywał swój ostateczny sąd, swe najwnętrzniejsze uczucie! Sokratesa, Sokratesa bolało życie! A on zemścił się jeszcze za to – owym tajemniczym, strasznym, pobożnym i bluźnierczym słowem! Musiałże i Sokrates mścić się jeszcze? Czy było o jeden grań wielkoduszności za mało w jego przebogatej cnocie? – Ach, przyjaciele! I Greków musimy przezwyciężyć!

341.

Największy ciężar. – A gdyby tak pewnego dnia lub nocy jakiś demon wpełznął za tobą w twą najsamotniejszą samotność i rzekł ci: „Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie nic w nim nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz, i każda myśl, i westchnienie, i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie – tak samo ten pająk i ten blask miesiąca pośród drzew i tak samo ta chwila i ja sam. Wieczna klepsydra istnienia odwraca się jeno – a ty z nią, pyłku z pyłu!”. – Czy nie padłbyś na ziemię i nie zgrzytał zębami, i nie przeklął demona, który by tak mówił? Lub czy przeżyłeś kiedy ogromną chwilę, w której byś był mu rzekł: „Bogiem jesteś i nigdy nie słyszałem nic bardziej boskiego!”. Gdyby myśl ta uzyskała moc nad tobą, zmieniłaby i zmiażdżyła może ciebie, jakim jesteś. Pytanie przy wszystkim i każdym szczególe: „czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy?” leżałoby jak największy ciężar na postępkach twoich. Lub jakże musiałbyś kochać samego siebie i życie, by niczego więcej nie pragnąć nad to ostateczne, wieczne poświadczanie i pieczętowanie? –

343.

Incipit tragoedia. – Gdy Zaratustra miał trzydzieści lat, opuścił swą ojczyznę i jezioro Urmi i poszedł w góry. Tu używał ducha swego i swej samotności i nie znużył się tym lat dziesięć. Wreszcie jednak przemieniło się serce jego – i pewnego rana wstał z jutrzenką, stanął przed słońcem i tak doń rzekł: „O wielka gwiazdo! Czym byłoby twe szczęście, gdybyś tych nie miała, którym świeciłaś! Dziesięć lat wschodziłaś tu w górę ku mej jaskini: przesyciłabyś siębyła światłem swym i drogą swą, beze mnie, mego orła i mego węża; lecz czekaliśmy ciebie każdego rana, odbieraliśmy ci nadmiar twój i błogosławili cię za to. Patrz! Obmierzła mi mądrość moja, jako pszczole, która miodu za wiele zebrała, pożądam rąk, co się wyciągają, chciałbym darowywać i obdzielać, aż mędrcy wśród ludzi znów staną się radzi szaleństwu swemu, a ubodzy swemu bogactwu. Na to w głąb zstąpić muszę: jak ty wieczorem czynisz, gdy poza morze schodzisz i światło jeszcze podziemiu niesiesz, o gwiazdo przebogata! – muszę, podobnie tobie, zajść, jak mówią ludzie, ku którym zejść chcę w dół. Błogosław mnie tedy, oko spokojne, które bez zawiści nawet na nadmiar szczęścia patrzeć możesz! Błogosław puchar, który przelać się pragnie, by złotem płynęła zeń woda i wszędzie odblask twej rozkoszy niosła! Patrz! Puchar ten znowu opróżnić się pragnie, a Zaratustra znów chce być człowiekiem”. – Tak począł się zachód Zaratustry.

 

 

Total votes: 1731