W poszukiwaniu nieomylnego, natchnionego Słowa Bożego

Bart D Ehrman

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

II. Natchnienie i prawda Pisma świętego

  • 105 Bóg jest Autorem Pisma świętego. "Prawdy przez Boga objawione, które są zawarte i wyrażone w Piśmie świętym, spisane zostały pod natchnieniem Ducha Świętego.
    Święta Matka Kościół uważa, na podstawie wiary apostolskiej, księgi tak Starego, jak Nowego Testamentu w całości, ze wszystkimi ich częściami za święte i kanoniczne, dlatego że, spisane pod natchnieniem Ducha Świętego, Boga mają za Autora i jako takie zostały Kościołowi przekazane" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 11).
  • 106 Bóg natchnął ludzkich autorów ksiąg świętych. "Do sporządzenia ksiąg świętych Bóg wybrał ludzi, którymi posłużył się jako używającymi swoich zdolności i sił, by dzięki Jego działaniu w nich i przez nich oni sami jako prawdziwi autorzy przekazali na piśmie to wszystko, i tylko to, czego On chciał" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 11).
  • 107 Księgi natchnione nauczają prawdy. "Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 11).
  • 108 Wiara chrześcijańska nie jest jednak "religią Księgi". Chrześcijaństwo jest religią "Słowa" Bożego: "Słowa nie spisanego, lecz Słowa Wcielonego i żywego" 78. Aby słowa Pisma świętego nie pozostawały martwą literą, trzeba, by Chrystus, wieczne Słowo Boga żywego, przez Ducha Świętego oświecił nasze umysły, abyśmy "rozumieli Pisma"(Łk 24,45).

Fragment z książki Barta D. Ehrmana, prof. University of North Carolina, światowej klasy specjalista w dziedzinie badań nad historią Nowego Testamentu. Autor, w młodości przyjąwszy "Jezusa jako swego zbawiciela", przedstawia w poniższym fragmencie własną bezkompromisową drogę w poszukiwaniu prawdy. Inny fragment tej książki znajduje się na stronie księgarni Merlin.

Żeby wyjaśnić, w jaki sposób i dlaczego rękopisy Nowego Testamentu zaważyły na moim życiu emocjonalnym i intelektualnym, na pojmowaniu siebie i świata, w którym żyję, a wreszcie na rozumieniu Boga i Biblii, muszę chyba najpierw opowiedzieć kilka słów o mojej edukacji. Urodziłem się w połowie lat pięćdziesiątych, w samym sercu Ameryki, w raczej konserwatywnym środowisku. Wychowanie odebrałem dość typowe. Byliśmy zupełnie normalną pięcioosobową rodziną i choć regularnie chodziliśmy do kościoła, nie byliśmy szczególnie religijni. Kiedy byłem w Piątej klasie, zaczęliśmy uczęszczać do prowadzonego przez pewnego bardzo mądrego pastora Kościoła episkopalnego w Lawrence (w stanie Kansas). Pastor ów był jednocześnie naszym sąsiadem, jego syn zaś został jednym z moich bliższych kolegów (w szkole średniej wspólnie wpadliśmy zresztą kiedyś w tarapaty — poszło o palenie cygar). Jak wiele innych Kościołów episkopalnych, nasz też był społecznie zaangażowany i społecznie poważany. Liturgia kościelna była tu traktowaną z powagą, a Pismo stanowiło jej część, jednak nie wyolbrzymiano roli Biblii nadmiernie — po prostu na równi z kościelną tradycją i ustalanymi zwyczajami uchodziła za jeden z przewodników dla ludzi wierzących i praktykujących. Właściwie nie mówiliśmy wiele o Księdze i nie czytywaliśmy jej zbyt często, nawet podczas niedzielnej katechezy, która skupiała się raczej na sprawach bardziej praktycznych i powszednich.

W moim domu jednak Pismo zajmowało miejsce szczególne, zwłaszcza dla mamy, która od czasu do czasu odczytywała nam jakiś fragment, żeby upewnić się, czy rozumiemy sens przytaczanych przypowieści i moralne pouczenia w nich zawarte (kwestie doktrynalne pozostawały raczej na drugim planie). Mam wrażenie, że aż do czasów szkoły średniej ja sam patrzyłem na Biblię bardziej jak na jakąś tajemną księgę, która ma oczywiście olbrzymie znaczenie w sferze wiary, lecz z pewnością nie wymaga poznania ani zrozumienia. Pismo otoczone było dla mnie zatem atmosferą starożytnej powagi i jakoś wiązało się z Bogiem, Kościołem i religią, jednak nie odczuwałem potrzeby, aby samemu je czytać, ani tym bardziej zgłębiać.

Wszystko zmieniło się radykalnie, kiedy byłem w drugiej klasie. Właśnie wówczas, znalazłszy się w otoczeniu zupełnie odmiennym od tego, z czym dotychczas stykałem się w rodzinnym kościele, doznałem „duchowego odrodzenia". Byłem wtedy typowym, trochę zwariowanym nastolatkiem — uczyłem się dobrze, lubiłem sport, choć nie miałem żadnych szczególnych osiągnięć, lubiłem też towarzystwo, acz nie należałem do szkolnej elity. Pamiętam, że w tym okresie odczuwałem wewnętrzną pustkę, której nic nie zdołało wypełnić — ani balangi z kolegami (zdarzało się już nam ostro popić na imprezach), ani randki (właśnie otwierało się przede mną misterium tremendum seksu) czy szkoła (sporo się uczyłem i choć szło mi najgorzej, prymusem nie byłem), ani wreszcie praca (zarabiałem jako komiwojażer w firmie rozprowadzającej produkty dla niewidomych) czy Kościół (byłem akolitą i to raczej mocno wierzącym, zważywszy, że niełatwo pojawić się w kościele w niedzielę i rano po tym, co zwykle człowiek robił w sobotni wieczór). Dziś już wiem, że to dość typowe dla nastolatków poczucie osamotnienia, ale wówczas oczywiście nie rozumiałem, że to po prostu element dojrzewania — byłem przekonany, że naprawdę czegoś mi brak.

Właśnie wtedy zacząłem uczęszczać na spotkania klubu Campus Life Youth for Christ, które odbywały się w domach moich rówieśników. Pierwsze spotkanie, na jakim się pojawiłem, było połączone z imprezą w ogrodzie u pewnego bardzo lubianego przez wszystkich chłopaka, więc pomyślałem, że i sam klub to może być fajna sprawa. Przywódcą naszej grupy był Bruce, dwudziestoparolatek, który takimi rzeczami zajmował się zawodowo — organizował lokalne kluby Youth for Christ i namawiał młodych ludzi, by „odrodzili się w Chrystusie”, oraz nakłaniał nas do dogłębnego studiowania Biblii, spotkań modlitewnych i różnych takich. Bruce był niezaprzeczalnie ujmującym człowiekiem. Młodszy od naszych rodziców, ale starszy i bardziej doświadczony od nas, przynosił to potężnie przesłanie, że wewnętrzna pustka, jaką odczuwamy (a byliśmy nastolatkami i każdy z nas czuł coś takiego!), wynika z nieobecności Jezusa w naszych sercach, ale wystarczy tylko, że zaprosimy Chrystusa, on przyjdzie i wypełni nas radością i szczęściem, których doświadczyć mogą tylko „zbawieni".

Bruce w każdej sytuacji potrafił z pamięci cytować Biblię, było to aż nieprawdopodobne. Brzmiał w tym zresztą w pełni przekonująco, przynajmniej dla mnie, zwłaszcza, że czułem wielki szacunek do Pisma, właściwie go nie znając. W dodatku było to coś zupełnie innego niż wszystko, co przeżywałem w kościele, gdzie stary, utrwalony rytuał zaspokajał raczej potrzeby ludzi dojrzałych, okrzepłych w wierze, a nie młodzieży, która potrzebuje przecież i rozrywki, i przygody (a przy tym, jak ja wówczas, odczuwa wewnętrzną pustkę).

No, ale skróćmy tę i tak niezbyt rozbudowaną opowieść: ostatecznie zaprzyjaźniłem się z Bruce'em, przyjąłem jego orędzie o zbawieniu, zaprosiłem Jezusa do swego serca i przeżyłem bona fide „odrodzenie w Chrystusie". Choć moje fizyczne narodziny miały miejsce zaledwie przed piętnastoma laty, stało się to dla mnie zupełnie nowym, niezwykłym przeżyciem i dzięki niemu wkroczyłem na drogę wiary; drogę, która poprzez setki niesamowitych zakrętów i wiraży po pewnym czasie doprowadziła mnie do martwego punktu. Właśnie wtedy jednak odnalazłem ścieżkę, po której wędruję już od z górą trzydziestu lat.

Każdy, kto doświadczył „odrodzenia w Chrystusie”, uważał siebie za „prawdziwego" chrześcijanina — w przeciwieństwie do tych, którzy tylko z nawyku chadzają do kościoła, lecz Chrystus nie mieszka w ich sercu, przez co niewiele z wiary rozumieją. Dla nas sposobem na odróżnienie się od innych ludzi było poświęcenie się niemal bez reszty modlitwie i zgłębianiu Biblii — zwłaszcza temu drugiemu. Bruce jako absolwent Moody Bibie Institute w Chicago był znawcą Pisma. Z pamięci cytując Biblię, potrafił odpowiedzieć na każde pytanie, jakie tylko nam przyszło do głowy (choć przyznać trzeba, że zbyt wiele ich nie przychodziło). Szybko pozazdrościłem mu tej umiejętności i sam zacząłem zagłębiać się w studia nad Pismem, uważnie czytałem niektóre fragmenty, rozważałem ich znaczenie i starałem się zapamiętać najważniejsze wersety.

Bruce przekonał mnie, że powinienem zostać „prawdziwym” chrześcijaninem i oddać się wierze bez reszty. Oznaczało to podjęcie studiów biblijnych w pełnym wymiarze w Moody Bibie Institute, co pociągało za sobą, między innymi, radykalną zmianę trybu życia. W Moody obowiązywała „reguła moralna", którą każdy student musiał zaakceptować — nie wolno było pić alkoholu, palić, tańczyć, grać w karty, oglądać filmów. Za to Biblia na okrągło. Krążyło wśród nas powiedzenie: „W Moody Bibie Institute Biblia to twoje drugie imię". Wtedy chyba patrzyłem na to jak na chrześcijański survival. W każdym razie postanowiłem, że w kwestii wiary półśrodki mnie nie satysfakcjonują — zgłosiłem się do Moody Bibie Institute, zdałem egzaminy i jesienią 1973 roku byłem już na miejscu.

Pobyt w Instytucie stanowił dla mnie okres bardzo intensywnych studiów. Wybrałem specjalizację z teologii biblijnej, co pociągało za sobą konieczność uczęszczania na wykłady z biblistyki i teologii systematycznej. W nauczaniu i obowiązywał tylko jeden słuszny punkt widzenia, podzielany przez wszystkich wykładowców (którzy musieli podpisać stosowne oświadczenie) i wszystkich studentów (też musieliśmy podpisywać) — Biblia jest nieomylnym Słowem Bożym; nie ma w niej błędów; jest natchniona w całości i natchnione jest każde jej słowo: natchnienie jest pełne i wyrazowe. Na wszystkich wykładach, na jakie chodziłem, nauczanie prowadzone było z tej perspektywy, a wszelkie inne przekonania uznawano za błędne, a nawet heretyckie, i pewnie można by to określić mianem prania mózgów, dla mnie jednak był to olbrzymi przeskok od cukierkowego rozumienia Pisma, gdy byłem nastoletnią owieczką Kościoła episkopalnego. Teraz było to prawdziwe chrześcijaństwo, znane wyłącznie ludziom oddanym Bogu bez reszty.

Istniał jednak dość poważny problem, związany z twierdzeniem, że Biblia jest natchniona „werbalnie" — co oznacza, że natchnione jest każde jej słowo. W Moody już na jednym z pierwszych obowiązkowych wykładów dowiedzieliśmy się, że właściwie nie posiadamy oryginałów ksiąg nowotestamentowych. Jedyne, co mamy, to ich kopie, sporządzone po latach, a w większości przypadków nawet po dziesiątkach lub setkach lat. Co więcej, żadna z tych kopii nie jest w pełni dokładna, ponieważ ludzie, którzy naszą Świętą Księgę przepisywali, nieumyślnie (a czasem celowo) zmieniali ją w niektórych miejscach. Każdy kopista tak robił. Więc właściwie zamiast natchnionych słów autografu (czyli oryginału) Biblii posiadamy jedynie rojące się od błędów kopie autografu. Zatem (1) wiemy, iż oryginały Ewangelii zostały natchnione i (2) nie dysponujemy nimi. Dowiedzieć się, jak brzmiały, stało się dla mnie zadaniem podstawowym i długo nie mogłem pojąć, czemu wielu moich kolegów w Moody w ogóle nie uważało, by pytanie to było szczególnie istotne ani nawet interesujące. Zadowalało ich przekonanie, że same autografy zostały natchnione, i to im najwyraźniej wystarczyło, by nie martwić się, że nie przetrwały do naszych czasów. Dla mnie jednak problem był palący. Przecież to właśnie słowa Pisma zostały natchnione przez Boga. Jeśli chcemy wiedzieć, co tak naprawdę Pan chciał nam przekazać, musimy się koniecznie dowiedzieć, jak brzmiały. Wszak jeżeli te właśnie słowa były jego słowami, a my znamy jakieś inne (zmienione nieumyślnie czy też umyślnie przez skrybów/ kopistów), nic nam to nie daje. Chcemy znać Słowo Boże!

Z tego właśnie powodu już w wieku osiemnastu lat niemal bez reszty poświęciłem się manuskryptom Nowego Testamentu. W Moody opanowałem podstawy dyscypliny, która zwie się krytyką tekstu—to techniczny termin na określenie dziedziny biblistyki, zajmującej się rekonstrukcją „oryginalnej" treści Pisma na podstawie manuskryptów, w których nam ją przekazano i w których ulegała ona zmianie. Nie byłem jednak jeszcze przygotowany, aby w pełni poświęcić się takim studiom. Wpierw musiałem nauczyć się greki (czyli języka, w którym napisano Nowy Testament), a także i innych starożytnych języków, jak choćby hebrajskiego (język również chrześcijańskiego wszak Starego Testamentu), łaciny, nie wspominając o nowożytnych językach europejskich, przede wszystkim niemieckim i francuskim, co było niezbędne, by móc czytać prace uczonych piszących na interesujący mnie temat. Czekała mnie zatem długa droga.

Trzyletnie studia w Moody ukończyłem z dobrymi wynikami i poważnie zastanawiałem się, czy nie zostać chrześcijańskim uczonym. Wówczas byłem przekonany, że pośród ewangelików jest wielu ludzi świetnie wykształconych, ale raczej niewielu przedstawicieli tego wyznania znaleźć można pośród (świeckich) dobrze wykształconych naukowców, dlatego chciałem się stać tubą mojego Kościoła w laickim świecie i zdobyć edukację, która dałaby mi możliwość nauczania w świeckich instytucjach, nie zmuszając do wyrzeczenia się prawd wiary. Wpierw jednak musiałem uzyskać utopień licencjacki, zdecydowałem się więc zdawać do najlepszego ewangelikalnego college'u. Postawiłem na położony na przedmieściach Chicago Wheaton College.

W Moody ostrzeżono mnie jednak, że nie znajdę tam prawdziwych chrześcijan. (To dobrze ilustruje, jak ortodoksyjne było środowisko Moody Institute; przecież Wheaton College dostępny jest tylko dla ewangelików, a jednym z jego wychowanków był sam Billy Graham). Istotnie, z początku rzeczywiście college wydawał mi się nieco zbyt wolnomyślicielski. Studenci dyskutowali raczej o literaturze, historii i filozofii niż o werbalnym natchnieniu Pisma. Nawet jeśli spoglądali na te kwestie z chrześcijańskiej perspektywy, miałem wrażenie, iż nie bardzo rozumieli, co naprawdę się liczy.

W Wheaton wybrałem specjalizację z literatury angielskiej, ponieważ zawsze lubiłem czytać i rozumiałem też, że aby zdobyć pozycję w środowisku naukowym, muszę dysponować wiedzą również z innych dyscyplin, nie tylko biblistyki. Postanowiłem także poświęcić się nauce greki. Podczas pierwszego semestru studiów w Wheaton poznałem doktora Geralda Hawthorne'a, wykładowcę greki, który wywarł na mnie spory wpływ jako uczony i pedagog, a z czasem stał się również moim przyjacielem. Podobnie jak większość profesorów w Wheaton, Hawthorne był żarliwym ewangelikiem, ale nie wahał się stawiać swojej wierze pytań. Wówczas traktowałem to jako oznakę słabej wiary (ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że znam niemal wszystkie odpowiedzi na jego pytania), lecz z czasem dostrzegłem w jego postawie przejaw autentycznego poszukiwania prawdy i gotowości do rewidowania własnych poglądów w świetle nabywanej wiedzy i doświadczeń życiowych.

Nauka greki miała dla mnie bardzo ważne konsekwencje. Okazało się, że nie mam trudności z przyswojeniem sobie podstaw języka i ze sporym zapałem postępowałem naprzód. Problem w tym, iż postępy w grece nieco zmąciły moje rozumienie Pisma, ponieważ szybko zrozumiałem, że Nowy Testament trzeba czytać i studiować wyłącznie w języku oryginału, bo tylko to pozwala w pełni zrozumieć znaczenie tekstu i uchwycić wszelkie niuanse (później, gdy nauczyłem się hebrajskiego, uznałem, że to samo dotyczy także Starego Testamentu). Z jednej strony pomyślałem, że to kolejny dobry powód, żeby solidnie uczyć się greki. Ale jednocześnie zmusiło mnie to do ponownego przemyślenia koncepcji Biblii jako literalnie natchnionego Słowa Bożego. Jeśli bowiem Pismo można zrozumieć w pełni tylko wtedy, kiedy czyta się je w oryginale, jasno z tego wynika, że większość chrześcijan, która wszak nie zna żadnego z języków starożytnych, nigdy nie pojmie w pełni tego, co Bóg chciał im przekazać. Wobec tego doktryna natchnienia ma sens wyłącznie dla wąskiej grupy badaczy, którzy mają intelektualne możliwości i warunki, by studiować teksty oryginalne! Cóż bowiem z tego, że mówimy, iż słowa Pisma są natchnione, skoro większość ludzi nie może się z nimi zapoznać, a zna tylko mniej lub bardziej udane przekłady — obojętne, na angielski czy polski, które w istocie rzeczy niewiele mają wspólnego z oryginalnymi Słowem Bożym?

Moje dylematy niepokoiły mnie jeszcze bardziej, kiedy rozważałem kwestie manuskryptów, w których przechowało się Pismo. Im lepiej znałem grekę, tym bardziej interesowały mnie zarówno manuskrypty, dzięki którym tekst Nowego Testamentu zachował się do naszych czasów, jak i dziedzina krytyki tekstu, czyli dyscyplina pomocna w rekonstrukcji autentycznej treści Nowego Testamentu. Nieustannie nurtowało mnie podstawowe pytanie: cóż z tego, że Biblia stanowi nieomylne Słowo Boże, skoro tak naprawdę nie znamy owych nieomylnych, natchnionych Słów, a tylko słowa przepisywane przez kopistów — czasami poprawnie, ale bywa też (i to bardzo często!) błędnie? Gorzej — co nam z tego, że autografy (czyli oryginały) były natchnione? Przecież ich nie mamy! Mamy tylko rojące się od przeinaczeń kopie, a olbrzymia ich większość jest młodsza o całe wieki od oryginałów i różni się od nich tysiącami szczegółów!

Te wątpliwości nie dawały mi spokoju, zmuszając jednocześnie do dalszych poszukiwań, wiodących do zrozumienia, czym naprawdę jest Biblia. Po dwóch latach ukończyłem Wheaton College i postanowiłem, zachęcony przez profesora Hawthorne'a, poświęcić się krytyce tekstu, czyli badaniu tradycji rękopiśmiennej Nowego Testamentu. W tym celu Podjąłem dalsze studia pod kierunkiem wykładowcy Princeton Theological Seminary, Bruce'a M. Metzgera, najwybitniejszego na świecie eksperta w tej dziedzinie.

Moi ewangelikalni przyjaciele ostrzegali mnie także przed Princeton Seminary, uprzedzając, że trudno tu znaleźć choć jednego „prawdziwego" chrześcijanina. Było to przecież seminarium dla prezbiterian, ci zaś stanowią niezbyt odpowiednie środowisko dla człowieka „odrodzonego w Chrystusie". Jednak czas poświęcony poznawaniu literatury angielskiej, filozofii i historii — nie wspominając o grece — znacznie poszerzył moje horyzonty myślowe,

I teraz kierowała mną autentyczna żądza wiedzy, i to wiedzy wszelakiej, zarówno świeckiej, jak i duchowej. Byłem gotów przestać identyfikować się z „odrodzonymi w Chrystusie", jeśli tylko poszukiwanie „prawdy" będzie tego wymagało. Podążając za wiedzą, gotów byłem iść wszędzie, dokąd zaprowadzi mnie droga, doszedłem bowiem do wniosku, że nie mogę odrzucić jakiegoś przekonania jako fałszywego tylko dlatego, że nie mieści się ono w poszufladkowanej wizji świata, jaką dało mi dotychczas zdobyte ewangelickie wykształcenie.

Od razu po przyjeździe do Princeton Theological Seminary zapisałem się na zajęcia z egzegezy (czyli interpretacji) tekstu hebrajskiego i greckiego dla pierwszego roku i upchnąłem w moim planie tyle godzin wykładów, ile się dało. Wszystkie zajęcia stanowiły wyzwanie zarówno pod względem intelektualnym, jak i osobistym. Wyzwania intelektualne podejmowałem chętnie, ale wyzwania osobiste, przed jakimi raptem stanąłem, okazały się poważną emocjonalną próbą. Jak wspomniałem, jeszcze w Wheaton zacząłem kwestionować podstawowe aspekty pojmowania Biblii jako nieomylnego Słowa Bożego. Za sprawą dogłębnych studiów w Princeton jeszcze trudniej było mi bronić takich poglądów, mimo to jednak twardo opierałem się przed zmianą światopoglądu (poznałem zresztą wiele osób, które, podobnie jak ja, wyrosły z tradycyjnych ewangelickich szkół i wciąż starały się „wiarę uchować”, co z perspektywy czasu brzmi dość śmiesznie, biorąc pod uwagę, że w końcu byliśmy studentami teologii chrześcijańskiej). Jednak studia zaczęły na mnie działać coraz mocniej.

Przełomowy moment nadszedł na drugim semestrze, kiedy uczęszczałem na zajęcia do powszechnie szanowanego i wielce pobożnego profesora Cullena Story. Przedmiotem zajęć była egzegeza Ewangelii według Marka, wówczas—a i nadal—mojej ulubionej ewangelii. Studenci musieli czytać Marka wyłącznie w grece (wykułem na pamięć wszystkie greckie słówka z tej Ewangelii na tydzień przed rozpoczęciem zajęć), mieliśmy także prowadzić notatnik egzegetyczny z własnymi przemyśleniami, obejmującymi interpretację najważniejszych fragmentów. Potem dyskutowaliśmy na temat problemów z interpretacją tekstu, a na koniec semestru musieliśmy napisać pracę zaliczeniową poświęconą egzegezie wybranego fragmentu. Zdecydowałem się na fragment z drugiego rozdziału Marka, gdzie faryzeusze toczą spór z Jezusem, którego uczniowie, przechodząc przez pole, zjedli w szabat trochę ziaren z kłosów. Jezus chce wykazać faryzeuszom, że „szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu" i przypomina im, co uczynił wielki król Dawid, kiedy on i jego towarzysze byli głodni: „za Abiatara, najwyższego kapłana” weszli do Świątyni i zjedli chleb pokładny, który mógł jeść tylko kapłan. Z tym ustępem wiąże się znany problem, bo gdy ktoś przyjrzy się fragmentowi Starego Testamentu, który przytacza Jezus (l Sm 2 1-6), natychmiast zauważy, że opisany czyn Dawida miał miejsce, nie kiedy najwyższym kapłanem był Abiatar, ale gdy był nim jego ojciec, Achimelek. Innymi słowy, to jeden z fragmentów pokazujących, że Biblia bynajmniej nie jest nieomylna, lecz zawiera błędy.

W mojej pracy semestralnej dla profesora Story przedstawiłem długi i skomplikowany dowód, który miał wykazać, że chociaż Marek pisze, iż zdarzenie owo miało miejsce „za Abiatara, najwyższego kapłana" nie znaczy to dokładnie, że naczelnym kapłanem był wtedy Abiatar, ale iż wydarzenie to opisano w tym miejscu Pisma, gdzie Abiatar pojawia się jako główna postać narracji.

Mój dowód, bardzo zresztą skomplikowany, oparłem na dwuznaczności występującego w tekście greckiego słowa. Byłem przekonany, że profesor doceni moje rozumowanie, gdyż wiedziałem, że jest porządnym chrześcijańskim uczonym, któremu —jak i mnie — nigdy nie przyszłoby do głowy pomyśleć, że w Biblii może być błąd. Tymczasem profesor na końcu mojej pracy napisał krótki komentarz, jedno tylko zdanie, które z jakiegoś powodu mocno mną poruszyło: „Może Marek po prostu się pomylił?". Zacząłem się zastanawiać nad tym, rozważając raz jeszcze wszystko, co napisałem, i uzmysłowiłem sobie, że choć w uporanie się z tym problemem włożyłem mnóstwo przemyślnej egzegetycznej ekwilibrystyki i tak użyta argumentacja była mocno naciągana. W końcu doszedłem do podobnego wniosku. „Hm... może Marek faktycznie się pomylił" — pomyślałem.

A skoro już raz dopuściłem taką możliwość, tamy puściły. Jeśli bowiem w rozdziale drugim Marka może być jeden, choćby niewielki błąd, mogą się one pojawić również w innych miejscach. Jeżeli Jezus w rozdziale czwartym Marka mówi, że ziarnko gorczyczne jest „najmniejsze ze wszystkich ziaren na ziemi", to może nie muszę wymyślać niewiarogodnych objaśnień, żeby dowieść, że ziarnko gorczycy jest najmniejsze, skoro doskonale wiem, iż wcale najmniejsze nie jest. A może błędy dotyczą także ważniejszych kwestii? Jeśli Marek pisze, że Jezus został ukrzyżowany w dzień, kiedy jedzono wieczerzę paschalną (Mk 14,12; 15,25), a Jan twierdzi, że umarł dzień wcześniej — to może jest to autentyczna sprzeczność. Albo kiedy w swej relacji o narodzinach Jezusa Łukasz twierdzi, że Maryja z Józefem wrócili do Nazaretu w miesiąc po przybyciu do Betlejem (i dokonali obrzędu oczyszczenia: Łk 39), podczas gdy Mateusz informuje, że oboje uciekli do Egiptu (Mt 19-22)—może i tu ewangeliści sobie przeczą. Kiedy zaś Paweł pisze, że po nawróceniu na drodze do Damaszku wcale nie poszedł do Jerozolimy, aby spotkać się z tymi, którzy byli apostołami przed nim (Ga 16-17), podczas gdy Dzieje Apostolskie mówią, że to właśnie była pierwsza rzecz, jaką był uczynił (Dz 9,26) — może i tu coś jest na rzeczy.

Mniej więcej w tym samym momencie, gdy uświadomiłem sobie owe sprzeczności, starałem się uporać z innymi problematycznymi kwestiami, jakie napotykałem, zagłębiając się w studia nad zachowanymi manuskryptami Nowego Testamentu. Można twierdzić, że oryginały zostały natchnione, ale faktem jest, że nie mamy do nich wglądu, więc utrzymywanie, że są natchnione, nie na wiele się zdaje, dopóki ich nie zrekonstruujemy. Ponadto na przestrzeni całej historii Kościoła zdecydowana większość chrześcijan nie miała dostępu do oryginałów, więc z ich perspektywy kwestia natchnienia praktycznie przestaje mieć znaczenie. Na tym nie koniec. Nie tylko nie posiadamy oryginałów, nie mamy nawet pierwszych ich kopii, a szczerze mówiąc, nie posiadamy kopii kopii oryginałów, ani kopii kopii kopii ich kopii. Manuskrypty, które znamy, powstały później, i to dużo później. W większości przypadków są to odpisy stworzone po setkach lat, a każdy z nich różni się od wszystkich pozostałych w tysiącach szczegółów. Jak przekonamy się w dalszych partiach tej książki, wszystkie kopie różnią się między sobą w tylu detalach, że nawet nie sposób tych różnic dokładnie zliczyć.

Najłatwiej chyba zilustrować to przez porównanie: szczegółów, w których różnią się znane dziś manuskrypty, jest więcej niż słów w całym Nowym Testamencie. Oczywiście większość z tych różnic jest pozbawiona znaczenia i zupełnie nieistotna. Pokazują one jedynie, że skrybowie i kopiści w świecie antycznym mieli takie same problemy z ortografią, jak my mamy dzisiaj (a w dodatku nie dysponowali słownikami, nie mówiąc o procesorach tekstu z wbudowanym słownikiem). Problem, jak traktować te wszystkie różnice, jednak pozostaje. Jaki w ogóle ma sens twierdzenie, jakoby słowo po słowie w Biblii zostało natchnione przez Boga, skoro nie znamy prawdziwych słów Pisma? Jak wkrótce się przekonamy, w licznych miejscach nie mamy nawet najmniejszej pewności, że tekst oryginału zrekonstruowany został poprawnie. Jak zatem pojąć Słowo Boże, skoro nie wiemy, jakie to słowo!

A kiedy jeszcze uzmysłowiłem sobie, że Panu Bogu znacznie łatwiej byłoby przechować słowa Pisma niż je natchnąć, moja wiara w owo natchnienie zaczęła gwałtownie słabnąc. Przecież gdyby Pan istotnie chciał, by jego lud znał jego słowa, dałby mu je z pewnością, może nawet w języku, łatwiejszym do zrozumienia niż antyczna greka czy hebrajski. W takim zaś razie, jeśli nie znamy słów bożych, to znaczy, iż Bóg ich dla nas nie przechował. A jeśli nie dokonał cudu przechowania własnych słów, to jak uwierzyć, że uprzednio dokonał cudu ich natchnienia?

Znów może skrócę opowieść — w pewnym momencie nauka biblijnej greki i badania nad manuskryptami Nowego Testamentu skłoniły mnie do radykalnego przewartościowania poglądu na Pismo. Była to dla mnie kolosalna przemiana. Aż do tego momentu — począwszy od „odrodzenia w Chrystusie" w szkole średniej, poprzez dni spędzone w ortodoksyjnym Moody Institute i później jeszcze w ewangelickim Wheaton — moja wiara w całości opierała się na przekonaniu, że Biblia jest w pełni natchnionym i nieomylnym Słowem Bożym. Teraz patrzyłem na Pismo inaczej. Nagle zacząłem widzieć je jako książkę bardzo ludzką. Jak kopiści będący zwykłymi ludźmi przepisywali i zmieniali tekst Pisma, tak też autorzy Biblii byli najzwyklejszymi ludźmi, którzy sami napisali to, co napisali. Od początku do końca książka ta jest dziełem człowieka, choć pisanym przez różnych ludzi, w różnych miejscach i różnym czasie, dla najróżniejszych potrzeb. Wielu z jej autorów bez wątpienia czuło boże natchnienie, pisząc to, co pisali; niemniej wszyscy mieli indywidualne poglądy, odrębne punkty widzenia, własne wierzenia i potrzeby, własne pragnienia, odmienne sposoby widzenia świata i odmienne przekonania teologiczne, a te ich poglądy, wierzenia, punkty widzenia, potrzeby, sposoby rozumienia i przekonania teologiczne miały wpływ na wszystko, co napisali. Niemal pod każdym względem ludzie ci różnili się między sobą. A jeśli tak, oznacza to między innymi, że Marek nie napisał tego samego, co napisał Łukasz, bowiem chciał napisać coś innego niż Łukasz. Tak samo Jan różni się od Mateusza, Paweł od autora Dziejów, a Jakub od Pawła. Każdy autor był człowiekiem z krwi i kości i jego spuściznę należy czytać, zwracając uwagę na to, co miał (przyjmując, że wszyscy byli mężczyznami) do powiedzenia, bez zakładania, że napisał to samo albo coś zgodnego czy sprowadzalnego do tego, co pisał ktoś inny. Koniec końców Biblia jest dziełem człowieka! To była dla mnie zupełnie nowa perspektywa, oczywiście krańcowo różna od tej, przy której obstawałem jako ewangelik (i nie jest to oczywiście perspektywa podzielana współcześnie przez członków Kościołów ewangelikalnych).

Może przyszła już pora, by na konkretnym przykładzie pokazać, jak ta zmiana przekonań wpłynęła na moje rozumienie Biblii. Otóż kiedy uczyłem się w Moody Bibie Insti-tute, jedną z najpopularniejszych lektur na kampusie była książka Hala Lindseya The Late, Great Planet Earth (Wielka martwa planeta Ziemia), stanowiąca apokaliptyczną prognozę przyszłości naszej planety. Dzieło to cieszyło się poczytnością nie tylko w naszym Instytucie. W USA był to największy bestseller w kategorii literatury faktu (nie licząc Biblii, a i mocno naciągając określenie „literatura faktu") w całej dekadzie lat siedemdziesiątych. Linidsey jak i my w Moodym wierzył, że Biblia jest nieomylna w każdym swym słowie. Wierzył do tego stopnia, że przyjął, iż z Nowego Testamentu można nie tylko dowiedzieć się, jak Bóg nakazał żyć i w co wierzyć, ale także, jak zaplanował przyszłość i jak ma zamiar wprowadzić swój plan w życie. Świat bowiem zmierza ku Apokalipsie w skali kosmicznej, pisał Lindsey, a z nieomylnych słów Pisma można dowiedzieć się, jak, gdzie i kiedy to się stanie. Mnie samego najbardziej zainteresowało właśnie owo „kiedy". Lindsey dowodził, że moment, kiedy należy spodziewać się przyszłego Armagedonu, został przepowiedziany w przypowieści Jezusa o drzewie figowym. Tam właśnie Chrystus odpowiada swoim uczniom na pytanie, kiedy nadejdzie „koniec":

A od figowego drzewa uczcie się przez podobieństwo! Gdy jego gałązka staje się soczysta i liście wypuszcza, poznajecie, że zbliża się lato. Tak samo i wy, kiedy ujrzycie to wszystko, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę powiadam wam: nie przeminie to pokolenie, aż to wszystko się stanie (Mt 24,32-34).

Co oznacza ta przypowieść? W oparciu o założenie, że są to nieomylne słowa samego Boga, Lindsey rozszyfrował ich sens, wskazując, że w Biblii drzewo figowe często jest symbolem narodu Izraela. Co to znaczy, że drzewo figowe wypuszcza liście? Otóż tyle, że naród po okresie uśpienia (zimie) powraca do życia. Kiedy Izrael powrócił do życia? W 1948 roku, bo wtedy ponownie stał się suwerennym państwem. Jezus wskazuje zatem, że koniec nadejdzie za życia pokolenia, które było świadkiem tego zdarzenia. A ile trwa czas jednego pokolenia w Biblii? Czterdzieści lat. Tak oto zrozumiałe staje się natchnione pouczenie z ust samego Jezusa: koniec świata nadejdzie nieco przed rokiem 1988, Czterdzieści lat po powstaniu państwa Izrael.

My byliśmy tą książką szczerze zafascynowani, choć z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać nieco dziwne (zważywszy zwłaszcza, że rok 1988 minął, a Armagedon jakoś nie nadszedł). Z drugiej jednak strony miliony chrześcijan nadal wierzą, że Biblię trzeba czytać i rozumieć dosłownie, jako w pełni natchnione proroctwo przyszłych wydarzeń, które położą kres naszym dziejom. Wystarczy spojrzeć, jakie szaleństwo wzbudza cykl „Powieść o czasach ostatecznych" Tima LaHaye'a i Jerry'ego Jenkinsa. Już w naszych czasach nakład tych książek przekroczył sześćdziesiąt milionów egzemplarzy, a to nic więcej niż kolejna apokaliptyczna wizja przyszłości, oparta na dosłownym odczytaniu Biblii.

Wielki dystans dzieli traktowanie Biblii jako nieomylnego przewodnika naszej wiary, życia i przyszłości od pojmowania jej jako książki bardzo ludzkiej, opisującej bardzo ludzkie przekonania, z których wiele różni się między sobą, a żadne nie jest nieomylnym przewodnikiem mówiącym, jak mamy żyć. Ja sam pokonałem ten dystans we własnym umyśle i mocno obstaję przy wnioskach, do jakich doszedłem. Rzecz jasna wielu chrześcijan nigdy nie akceptowało literalnego rozumienia Biblii, uznając je za bardzo jednostronne i upraszczające (a do tego mocno dziwaczne i w istocie zupełnie bez związku z kwestiami wiary). Nadal jednak wokół nas mnóstwo ludzi tak właśnie pojmuje Pismo. Wciąż zdarza mi się widywać na samochodowych zderzakach nalepki z hasłem „Bóg tak rzekł. Wierzę w to i to wystarcza". Moja odpowiedź na takie dictum brzmi zawsze: A jeżeli Bóg tak nie rzekł? Jeśli książka, która w twoim przekonaniu przekazuje Słowo Boże, zawiera tak naprawdę tylko ludzkie słowa? Co począć, kiedy Biblia wcale nie daje nieomylnych odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata — kwestie takie, jak aborcja, prawa kobiet i gejów, dominacja religijna, wyższość demokracji i tym podobne? A jeśli sami musimy decydować, jak żyć i w co wierzyć, bez uznawania Biblii za (fałszywego) idola albo wyroczni, która daje nam możność bezpośredniego poznania woli Wszechmogącego? Istnieją przecież oczywiste powody, by sądzić, że Biblia wcale nie jest nieomylnym przewodnikiem po człowieczym życiu, i tylko jednym z nich jest wskazywany tu przeze mnie fakt, że w wielu przypadkach (jako badacze, ale i jako zwykli czytelnicy) nawet nie wiemy, jak właściwie brzmiał oryginalny tekst Biblii.

Takie przemyślenia radykalnie zmieniły moje poglądy teologiczne i poprowadziły drogami zupełnie innymi od tych, jakimi podążałem jako nastolatek. Nadal wysoko cenię Biblię, jej bogactwo i różnorodne zawarte w niej pouczenia moralne, ale zacząłem doceniać także inne pisma wczesnochrześcijańskie (z tego samego lub nieco późniejszego okresu) spisane przez mniej znane postaci, jak Ignacy z Antiochii, Klemens Rzymski czy Barnaba z Aleksandrii. Podobnie zacząłem doceniać pisma żyjących podówczas autorów niechrześcijańskich: Józefa Flawiusza, Lukiana z Samosat czy Plutarcha. Każdy z tych ludzi próbuje zrozumieć świat i swoje w nim miejsce i każdy ma nam coś wartościowego do przekazania. Warto dowiedzieć się, co mówią, abyśmy sami mogli ocenić, jak żyć i co myśleć w świetle tego, co mieli nam do powiedzenia.

Fragmenty tekstów dostępnych w naszej witrynie są pozbawiane przypisów i aparatu naukowego w porównaniu do wydań książkowych - ich lektura może więc dać zaledwie wstępną orientację w temacie. Zachęcamy do kupna książek z pełnym tekstem i aparatem naukowym

Ehrman

Książka ta opowiada o starożytnych manuskryptach Nowego Testamentu, o występujących między nimi różnicach oraz o kopistach, którzy przepisywali składające się nań teksty i czasem je zmieniali.

 

Total votes: 540