Jan Chrzciciel a Jezus z Nazaretu

Zaratustra

Wcześniej mieliśmy do czynienia z legendami o Jezusie. Historia Jezusa, a raczej elementy układanki, która pozwala nam do niej dotrzeć, zaczyna się od Jana Chrzciciela. Nie wiemy co działo się z Jezusem zanim osiągnął wiek ok. 30 lat. Wprawdzie co jakiś czas ktoś twierdzi, że rozmawiał z kimś, kto widział jakieś dokumenty, „dowodzące”, że Jezus swą młodość spędził... Bez przesady. W nauczaniu i działalności Galilejczyka nie było nic aż tak niezwykłego, by trzeba by go było wysyłać na nauki do mnichów, fakirów, czy innych zaszytych w Himalajach odludków. Niemal wszystko co powiedział czy uczynił znajduje analogię w ówczesnym judaizmie głównego, czy pobocznych nurtów, a jeśli coś poza nie wykracza, to nie wykracza poza to, co bystry i utalentowany człowiek mógłby wymyślić samodzielnie mając takie zaplecze kulturowe.

Jan Chrzciciel jest postacią historyczną, jednym z trzech bohaterów z Nowego Testamentu, o której wspomina Józef Flawiusz. Spotkanie Jana i Jezusa, pierwsza scena w której się on pojawia, doskonale nadaje się do ukazania przydatności jednego z podstawowych narzędzi studiów biblijnych jakim jest synopsa. Jest to takie wydanie ewangelii, w którym zestawione są one w równoległych kolumnach w ten sposób, że sąsiadują obok siebie fragmenty mówiące o tych samych wydarzeniach. Czytelnik bowiem, który podejdzie do lektury tradycyjnie, czyli najpierw zapozna się z ewangelią Mateusza, potem Marka i tak dalej, niewielkie ma szanse, by dojrzeć cokolwiek ciekawego. Zestawienie analogicznych fragmentów, a do tego ułożenie ich w kolejności, w jakiej powstały, pozwala nie tylko dojrzeć jak stopniowo kolejne warstwy nakładają się na pierwotną relację, ale także jak zmieniają jej sens. Inaczej dostrzegamy zwykle zlepek elementów ze wszystkich czterech relacji, z których te najbardziej rozbudowane dominują nad skromniejszymi. Na tym także polega „pastoralna” lektura Nowego Testamentu, czyli lektura na użytek ludu, lektura, jaką pasterze skarmiają swe owieczki: jest to lektura mająca za zadanie zharmonizować różne relacje, stworzyć z nich całościowy obraz, nie troszcząc się o ich wartość historyczną. Taka pastoralna lektura wychodzi z założenia, że Pismo Święte mówi zawsze prawdę. Tego założenia oczywiście nie podzielam.

Pastoralna lektura stawia przed nami następujący obraz owego pamiętnego spotkania, od którego zaczyna się historia Jezusa: Jezus przychodzi do Jana, który wręcz wyczekiwał go, jako że był posłany, by zapowiadać nadejście mesjasza. Jan rozpoznaje go w Jezusie i ogłasza to ludowi, czemu towarzyszy potwierdzenie ze strony samego Boga Ojca, który zsyła na tę okazję, wraz ze swym grzmiącym głosem gołębicę, wyobrażającą świętego Ducha. W zależności od tego, czy efekt świeżości (wywarty przez ew. Mateusza) zachował jeszcze coś ze swej siły, pokazuję się Jezusa wychodzącego z wód Jordanu, w którym był chrzczony.

Starczy jednak zestawić ze sobą poszczególne relacje czterech ewangelistów w kolejności ich powstawania: Marek, Mateusz, Łukasz, Jan, prześledzić ich strukturę, by zobaczyć, że spotkanie to wcale nie było dla pierwotnych chrześcijan bezproblemowe.

Relacje synoptyków rozpoczynają się od wystąpienia Jana, lecz zaraz dodają fragment z Izajasza, w świetle którego powinniśmy to wystąpienie interpretować. Markowi zresztą, od którego tę perspektywę zaczerpnęli pozostali, troszkę się tu pomieszało, w jednym zdaniu bowiem zlał wypowiedź Malachiasza z Izajaszem, czego już kolejni ewangeliści nie popełnili. Marek powiada: Oto posyłam anioła mego przed tobą, który przygotuje drogę twoją. Głos wołającego na pustyni: Gotujcie drogę Pańską; prostujcie ścieżki jego. Mateusz ogranicza się do słów samego Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Gotujcie drogę Pańską, prostujcie ścieżki jego. A Łukasz dodaje jeszcze jedno zdanie z tegoż proroka, które dobrze harmonizuje z jego generalnie bardziej pro-socjalnym podejściem: Każdy padół niech będzie wypełniony, a każda góra i pagórek zniesione, drogi krzywe wyprostowane, a nierówne wygładzone. I ujrzą wszyscy ludzie zbawienie Boże. Jan wkłada słowa Izajasza w usta samego Chrzciciela, nieco dalej w swej relacji (w. 23). Nie jest wykluczone, że faktycznie sam Chrzciciel swą misję uzasadniał tym proroctwem. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy przytaczane przez synoptyków słowa Chrzciciela: Idzie za mną mocniejszy niż ja, któremu nie jestem godzien, schyliwszy się, rozwiązać rzemyka u sandałów jego. Ja chrzciłem was wodą, On zaś będzie chrzcił was Duchem Świętym. Kim jest jednak ten, który nadchodzi, mocniejszy niż Jan? Zwyczajowo odnosi się te słowa do Jezusa, ale czy na pewno jego mógł mieć Jan na myśli? John Dominic Crossan (233-235) wskazuje inną, bardziej prawdopodobną możliwość: Jan mówi po prostu o Bogu. Taka interpretacja doskonale wpisuje się w sens owego zdania z Izajasza, ale nie tylko: wpisuje się również w zasadniczy nastrój religijny tamtego czasu, nastrój, podzielany również przez Jezusa. Mateusz wkłada w usta Jana zawołania, które należy do najbardziej pewnych zdań (jeśli chodzi o wymowę, niekoniecznie o dosłowne brzmienie) charakteryzujących również wczesną działalność Jezusa: Upamiętajcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios (3:2). U Jezusa jest to „Królestwo Boże”, czy też (obie możliwości są poprawne lingwistycznie) „królowanie Boga”. U Mateusza i Łukasza do wspomnianej wyżej wypowiedzi o sandałach dorzucono jeszcze kilka wypowiedzi, najpewniej pochodzących z niezależnej od Marka tradycji wspólnej (tzw. źródło Q):

W ręku jego jest wiejadło, by oczyścić klepisko swoje, i zbierze pszenicę swoją do spichlerza, lecz plewy spali w ogniu nieugaszonym (Mt 3:12, Łk 3:17).

Oraz

Mówił więc do tłumów, które przychodziły, aby się dać ochrzcić przez niego: Plemię żmijowe, któż wam poddał myśl, aby uciekać przed przyszłym gniewem? Wydawajcie więc owoce godne upamiętania. A nie próbujcie wmawiać w siebie: Ojca mamy Abrahama; powiadam wam bowiem, że Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi. A już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona; wszelkie więc drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, zostaje wycięte i w ogień wrzucone.(Mt 3,7-10; Łk 3,7-10)

Jan Chrzciciel wg BoschaJest to język, jakim mówiono o Bogu, w przedchrześcijańskim Izraelu władza ostatecznego rozsądzania (ogień nieugaszony) przynależeć mogła tylko Bogu. Jan w tych słowach jawi się jako typowy prorok apokalipsy (siekiera przyłożona do korzenia). Zapowiada więc totalny rozrachunek, a nie nadejście mesjasza. Wygląda na to, że Jan bynajmniej nie oczekiwał na Jezusa. Faktem jest jednak, że chrześcijanie od początku usiłowali nadać taką interpretację jego działalności – począwszy od Marka i jego wstawki z Malachiasza dopisanej do Izajasza.

Ale problem chrześcijan jest znacznie poważniejszy. W zasadzie dwa problemy: to kim jest Jan Chrzciciel w stosunku do Jezusa, oraz to, co zaszło między nimi. Zacznijmy od ewangelii Jana, gdzie Chrzciciel w zasadzie nie robi nic innego, jak tylko stwierdza, że to nie Bogu, ale Jezusowi przygotowywał drogę. Ogłasza również „właściwy” sens misji Jezusa „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (koncepcja teologiczna, która zrodziła się kilkadziesiąt lat po śmierci Jezusa). Zdanie o „tym, który idzie przede mną” zostało tak przeformułowane, i umieszczone w takim kontekście, aby nie było już absolutnie żadnych wątpliwości, że mówi o Jezusie. Spójrzmy jednak na najstarszą wersję tej opowieści, czyli ewangelię Marka. Sprowadza się ona w zasadzie do dwóch elementów: dowiadujemy się, że Jezus został przez Jana ochrzczony oraz, że doświadczył wówczas wizji (w.9-11):

I stało się w owe dni, że przyszedł Jezus z Nazaretu Galilejskiego i został ochrzczony przez Jana w Jordanie. I zaraz, kiedy wychodził z wody, ujrzał rozstępujące się niebiosa i Ducha nań zstępującego jako gołębica. I rozległ się głos z nieba: Tyś jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem.

Tymczasem w ewangelii Jana w ogóle nie ma mowy, by Jezus został ochrzczony! Co więcej, to Jan, nie Jezus doświadcza wizji gołębicy i ogłasza cóż takiego obwieścił mu głos z nieba. Okazuje się, że sam fakt chrztu był dla chrześcijan czymś kłopotliwym, podobnie jak i to, że to Jan ochrzcił Jezusa. To drugie sugeruje ówczesną wyższość Jana nad Jezusem. Widzimy to również w pozostałych ewangeliach. Mateusz poczuł się zmuszony dopisać do relacji Marka krótki dialog (14-15):

Ale Jan odmawiał mu, mówiąc: Ja potrzebuję chrztu od ciebie, a ty przychodzisz do mnie? A Jezus, odpowiadając, rzekł do niego: Ustąp teraz, albowiem godzi się nam wypełnić wszelką sprawiedliwość. Tedy mu ustąpił.

„Sprawiedliwość” (δικαιοσυνην) w języku biblijnym, w świecie, w którym toczy się akcja, oznacza to, co jest zgodne z prawem, Torą. Przyznaje to nawet Benedykt XVI pisząc „W świecie, w którym żyje Jezus, sprawiedliwość sprowadza się do odpowiedzi człowieka na Torę” (cyt. za Kot 43). Sformułowanie to jest więc bardziej problematyczne, niż się to wydaje. Tora bowiem nie mówi nic o chrzcie, jest to inwencja samego Chrzciciela. Mateusz jak się okazuje, choć pisał do Żydów, wcale nie znał tak dobrze problematyki żydowskiej, by wymyślić trafne wytłumaczenie dla wielce kłopotliwego faktu jakim okazuje się chrzest Jezusa. Możliwe, że wytłumaczenie to jest zresztą wcześniejsze i autorstwa innego chrześcijanina – jego ślad znajdujemy bowiem w źródle niezależnym od Mateusza – w liście Ignacego do mieszkańców Smyrny (18:2). W innym liście tego ojca apostolskiego (Do Efezjan 1:1) znajdujemy jeszcze inną próbę nadania sensu temu wydarzeniu: okazuje się, że Jezus został ochrzczony, aby oczyścić wodę! Przypomina to dowcip: Kiedy Chuck Norris wpada do wody nie staje się mokry, to woda staje się norrisowata. W każdym razie sama ewangelia Mateusza dostarcza dowodu, iż Jan bynajmniej nie poznał się na Jezusie od pierwszego wejrzenia. Oto, gdy został uwięziony, i usłyszał o czynach Jezusa miał wysyłać do niego swoich uczniów z zapytaniem, czy jest on mesjaszem (Mt 11:3, par. Łk 7:19nn). Ukazuje to też historyczną „wartość” relacji ewangelii Jana. Co istotne, odpowiedź Jezusa wydaje się nie przekonała Jana, skoro nie nakazał swym uczniom przyłączyć się do kaznodziei z Nazaretu, lecz kontynuowali oni swoją własną działalność.

Z innym zabiegiem redakcyjnym spotykamy się u Łukasza. Oto najpierw dowiadujemy się obszernie o działalności Jana, poznajemy jego nauki, potem dowiadujemy się, że Jan został uwięziony, potem, że Jezus został ochrzczony. Nasuwa się pytanie: przez kogo, skoro Jan był w więzieniu? W ten sposób Łukasz rozwiązał przynajmniej jeden problem – niezręcznej pozycji podrzędności w jakiej chrzczony sytuuje się względem chrzczącego. Był to wówczas dla chrześcijan problem o tyle istotny, że w czasach spisywania tej ewangelii ciągle działali jako niezależna sekta, konkurencyjna dla ich własnej sekty w ramach judaizmu uczniowie Jana Chrzciciela. Jak widać nie dali wiary zapewnieniom swego mistrza, iż jego jedynym zadaniem było przygotować tryumfalny pochód kaznodziei z Nazaretu. A może tych zapewnień w ogóle nie było? Może to chrześcijanie je wymyślili, lub wyolbrzymili jakąś drobną pochwałę jaką Jan o Jezusie wygłosił? Autor ewangelii Jana postawił tu kropkę nad „i”, twierdząc, że na dźwięk słów „Oto baranek boży” dwóch towarzyszących Chrzcicielowi uczniów podążyło za Jezusem. Chrześcijanie naturalnie życzyli sobie, by było ich więcej niż dwóch.

Widzimy, jak w kolejnych wersjach postać Jana jest umniejszana, chrzest z centrum epizodu staje się okazją, przy której Jan mógł „dać świadectwo”, aż wreszcie znika. Z niezależnego charyzmatycznego proroka staje się świadkiem charyzmatycznego proroka. Tak przynajmniej pragnęli to widzieć chrześcijanie, bo uczniowie Jana byli innego zdania, podtrzymując swą działalność. Czynią tak po dziś dzień pod nazwą mandejczyków w Iraku i południowym Iranie. W rzeczywistości Jan i Jezus byli postrzegani przez współczesnych jako postacie równorzędne, należące do tego samego gatunku. Widać to, jak zauważa Vermes (TJ:200) w wypowiedzi Archealosa: „Jan, którego ściąłem, zmartwychwstał” (Mk 6:16)

Dlaczego jednak sam chrzest był aż tak kłopotliwy? Wróćmy do Marka (w.4-5):

Na pustyni wystąpił Jan Chrzciciel i głosił chrzest upamiętania na odpuszczenie grzechów. I wychodziła do niego cała kraina judzka i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, a on chrzcił w rzece Jordanie wyznających grzechy swoje.

I potem w. 9

I stało się w owe dni, że przyszedł Jezus z Nazaretu Galilejskiego i został ochrzczony przez Jana w Jordanie.

Czy to nie niepokojące? Czyż nie wynika z tego, że Jezus przyszedł do Jana po prostu, tak jak i inni, wyznać swoje grzechy, i dopiero w trakcie rytuału obmycia przeżył swoją wizję, która nadała sens jego życiu? Jakże to, Jezus miał co wyznać? Odczuwał potrzebę nawrócenia? Oczywiście chrześcijanie nie mogli pozwolić, by tego typu myśli lęgły się w głowach ludu, należało więc jakoś ten chrzest wytłumaczyć lub ukryć.

 

Cóż z tego wszystkiego wynika? Według wszelkiego prawdopodobieństwa Jezus udał się do Jana jako jeden z wielu, dla przeżycia nawrócenia i oczyszczenia z grzechów. Kazanie Jana wpłynęło na niego tak dogłębnie, że wkrótce, a najpóźniej po uwięzieniu Chrzciciela przez Antypasa, sam rozpoczął podobną działalność: niesienia nowiny o nadchodzącym królestwie bożym, do którego przygotować należy się przez skruchę i nawrócenie. Co warte podkreślenia, działalność obu zwrócona była w pewien subtelny sposób przeciw Świątyni, w której również można było uzyskać oczyszczenie z grzechów, tyle, że za niewielką opłatą. Jan zastąpił ją prostym rytuałem obmycia, Jezus obchodził się w ogóle bez rytuału, głosząc, że wybaczenie jest już dane.


Wybrana literatura:

  • John Dominic Crossan, The Historical Jesus. The Life of a Mediterranean Jewish Peasant, 1992.
  • Dariusz Kot, Zagadka chrztu Jezusa, „Znak” nr 647, kwiecień 2009.
  • Geza Vermes, Kto był kim w czasach Jezusa, 2005.
  • Geza Vermes, Twarze Jezusa, 2008.
Total votes: 285