Do Teodora Arcykapłana

Julian

LIST 44 (89)

Ułożyłem, do Ciebie — w przeciwieństwie do wszystkich innych — pismo bardziej prywatnego charakteru, gdyż w Tobie, jak myślę, jest więcej dla mnie przyjaźni niż w ludziach pozostałych. Niemałą bowiem [przyjaźni przyczyną] jest wspólny przewodnik duchowy, a Ty zapewne pamiętasz, choć dawno to już było, że przebywając jeszcze na Zachodzie, skorom tylko się dowiedział, że Ty mu się bardzo podobasz, uznałem Cię za mego przyjaciela. Co prawda, zwykłem pochwalać wielce ostrożne słowa poety

przecież jam nigdy
Jego nie spotkał, nie widział,

zwykłem też mniemać, że przyjaźni powinno torować drogę poznanie, poznaniu zaś — doświadczenie. Z drugiej jednak strony nic w najmniejszej cenie są u mnie słowa: „Sam to powiedział". Z tej właśnie przyczyny już wtedy sadziłem, że powinienem Cię zaliczyć do ludzi dobrze mi znanych, i obecnie powierzam Ci sprawę dla mnie drogą, dla ludzi zaś całego świata niezmiernie pożyteczną. Jeżeli więc pokierujesz nią dobrze, jak po Tobie słusznie mogę się spodziewać, to wiedz, że wywołasz we mnie radość wielką na teraz i większą jeszcze nadzieję na przyszłość. My przecież nie należymy do ludzi, którzy wierzą, że dusze ich umierają albo wcześniej od ciał, albo jednocześnie z nimi, i wierzymy zaś nie komuś z ludzi, jedynie bogom, którzy sami prawdopodobnie o tym wiedza, o ile konieczność można nazwać prawdopodobieństwem. Przecież ludziom przystoi o tych rzeczach tylko zgadywać, wiedzę o nich posiadać muszą bogowie.

Co tedy zgodnie ze słowami moimi Tobie dziś powierzam? Masz zarządzać wszystkimi świątyniami w Azji, dozorując w każdym mieście kapłanów i udzielając każdemu z nich tego, co mu się od Ciebie należy. Od rządzącego zaś należy mu się najprzód sprawiedliwość. Potem zaś dobroć i ludzkość w stosunku do tych, którzy na to zasługują. Ktokolwiek bowiem ludzi krzywdzi, a bogów nie czci, ten powinien spotkać się albo z surową naganą, albo z ciężką kara. Wszystkie zarządzenia ogólne, jakie co do wszelkiego rodzaju kapłanów wkrótce wydać muszę, poznasz niebawem razem ze wszystkimi innymi, coś niecoś jednak chcę Ci uprzednio zakomunikować. Sprawiedliwą więc jest rzeczą, abyś mi był w tych sprawach posłuszny, gdyż w większości wypadków, jak o tym wiedzą wszyscy bogowie, nie działam na własną rękę, lecz więcej niż ktokolwiek jestem ostrożny i we wszystkim unikam — że tak się wyrażę — nowinkarstwa, zwłaszcza zaś w tym, co odnosi się do bogów, będąc tego zdania, że należy w pierwotnej formie zachować ustanowienia przodków, które, rzecz jasna, nadali im bogowie, przecie nie byłyby one tak dobre, gdyby pochodziły od ludzi. Ponieważ ze wzrostem bogactwa i zniewieściałości ustanowienia te zostały zaniedbane i uległy zepsuciu, sądzę, że należy zająć się nimi od samego początku.

Obserwując wiec, jak wiele jest wśród nas lekceważenia bogów i jak bardzo wszelki przed siłami wyższymi lęk wyparty został przez rozwiąz­łość brudną i wulgarną, od dawna już bolałem wewnętrznie nad takim stanem rzeczy. Jednych [bowiem widzimy] tak gorąco oddanych [Żydów] nauce, że wolą w obronie jej przyjąć śmierć i znosić wszelką nędzę i głód, byle tylko nie skosztować świniny albo innego jeszcze mięsa bydlęcego, z którego krwi nie wyciśnięto od razu. My natomiast do bogów odnosimy się tak lekkomyślnie, żeśmy tradycji ojców już zapomnieli, i w końcu nie wiemy, czy coś podobnego kiedykolwiek istniało. Lecz ludzie wyżej wy­mienieni są jeszcze do pewnego stopnia bogobojni, ponieważ ten bóg, któ­rego czczą, nie jest... lecz naprawdę najpotężniejszy, najlepszy i światem zmysłowym kierujący, któremu i my, jestem tego pewny, pod innymi nazwami służymy. Wydaje mi się, że postępują oni słusznie, nie łamiąc swego zakonu, lecz w tym jedynie błądzą, że poprzestając na tym jedy­nym bogu, nie oddają wcale czci pozostałym mniemając, że bogi te istnie­ją tylko dla nas, narodów [obcych], do takiego stopnia dają się unosić swej pysze barbarzyńskiej. Bezbożnicy zaś z Galilei niby choroba zagrażająca życiu naszemu...[opuszczenie przepisywaczy chrześcijańskich]


LIST 45 (89b)

Skoro tylko ludzie niektórzy porządku nie przestrzegają, [bogowie] natychmiast ich karzą; na tych, co bogom czci nie oddają, skierowany bywa zastęp złych demonów, przez których większość bezbożników pod­niecona do szału daje sobie wmówić, że pragnie umrzeć, a to w tym celu, aby dusze ich przez gwałt z ciała wyrwane do nieba uleciały. Są jeszcze i tacy, co spieszą na pustynię, nie do miast, choć człowiek jest istotą spo­łeczną i ułaskawioną, i zostają wydani na łup złych demonów, które do prowadzają ich do znienawidzenia ludzkości. Większość ich już nawet wynalazła na samych siebie łańcuchy i dyby. Do takiego stopnia prze­śladuje ich zewsząd ów duch złośliwy, któremu się poddali dobrowolnie, odstąpiwszy od bogów wieczystych, swych zbawców. To, com już o tym powiedział, na teraz wystarczy. Zresztą powrócę do tego, od czego odbie­głem.

Rzecz jasna, że wymiar sprawiedliwości wedle praw dotyczących oby­wateli będzie troską zawiadowcy grodu. Warn jednak przystałoby także tak działać, aby nie były naruszane te prawa bogów, które są święte. Po­nieważ życie kapłanów powinno być świątobliwsze od życia obywateli, po­winno się ich w tym kierunku prowadzić i pouczać, i jest prawdopodob­ne, że lepsi pójdą w Wasze ślady, ja zaś pragnę, by uczynili to wszyscy, lecz mam nadzieję, że uczynią to ci, co z natury są porządni i odpowiedni, ci bowiem uznają te słowa za ich własne.

A więc powinni oni uprawiać przede wszystkim miłość człowieka. Za nią bowiem w ślad idą liczne inne dobra, największym zaś z nich i naj­przedniejszym jest bogów dla nas życzliwość. Jak bowiem niewolnicy, którzy z panem swym zgadzają się, w upodobaniach, zamiłowaniach i troskach są sami przez nich bardziej niż inni lubiani, tak samo, jak przy­puszczać należy, bóstwa, które z natury swej ludzi miłują, [bardziej] mi­łują tych spośród nich, którzy ludzi innych miłują. Otóż to umiłowanie człowieka jest wielorakie i wielokształtne: należy tu zarówno to po­wściągliwe karanie, jakie do dzieci dla ich dobra stosują nauczyciele, jak i to zaspokajanie naszych potrzeb, jakiego dla nas dokonują bogowie. Spójrzcie tylko, jak wiele rzeczy pożytecznych bogowie wydobywają dla nas z ziemi: pożywienie wszelkie i jak obfite, a przy tym niejednakowe dla wszystkich istot żywych! Ponieważ urodziliśmy się nadzy, przykryli [nas] i sierścią zwierzęcą, i tym, co na ziemi lub drzewach wyrasta! I nie dość im było wdziać na nas owe „chitony ze skór", o których mówi Moj­żesz; spójrzcie tylko, ile zjawiło się u nas darów Ateny-Pracownicy. A jaka istota spożywa wino i oliwę z wyjątkiem tych nielicznych, którym i z tego nieco udzielamy, choć nie udzielamy — ludziom. Która z istot morskich żywi się zbożem, która z lądowych tym, co znajduje się w mo­rzu? Nie mówię tu jeszcze o złocie, miedzi i żelazie, z których pomocą uczynili nas nadmiernie bogatymi, nie w tym oczywiście celu, abyśmy — o hańbo! — na nędzarzy dokoła patrzyli obojętnie, chociaż wśród nich zdarzają się ludzie obyczajów uczciwych, nie mający po ojcach ziemi własnej, jednak mimo życia w nędzy dzięki swej wielkoduszności bogact­wa nie pragnący. Na takich właśnie patrząc, większość ludzi bogów oskar­ża. Nie bogowie jednak są temu winni, lecz, przeciwnie, my, posiadacze dóbr, przez naszą nienasyconość staliśmy się dla ludzi przyczyną fałszy­wego o bogach wyobrażenia i nadto niesłusznego ich zniesławiania. Czegoż bowiem od nich żądamy? Żeby bóg, jak Rodyjczykom, na nędzarzy deszcz złota zesłał4? Lecz, gdyby się to stało, my byśmy rychło, wysław­szy swą służbę i podstawiwszy naczynia dokoła, odpędzili wszystkich, aby dla nas jednych zagarnąć dary przeznaczone dla całej ludzkości. Każdy słusznie mógłby się dziwić, że my domagamy się. rzeczy niezgodnej z na­turą i całkowicie niepożytecznej, nie czynimy zaś tego. co jest możliwe. Kto bowiem, udzielając bliskim, przez to zbiedniał? Doprawdy, ja sam nieraz oddawszy coś potrzebującym otrzymałem kilkakrotnie więcej, choć aferzystą jestem lichym, i nigdy, gdym co dał, nie żałowałem później. Nie mogę tego mówić o czasie obecnym, bo byłoby zgoła niedorzecznie ze­stawiać osoby prywatne z obficie zaopatrzonym cesarzem, lecz to wiem o sobie, że gdy byłem jeszcze sam osobą prywatną, to zdarzało mi się to niejednokrotnie. Zachowała się w całości majętność mej babki, choć była już przez innych przemocą zagarnięta, dla mnie, com z posiadanych środ­ków skromnych i na siebie tracił, i potrzebującym udzielał.

Z pieniędzy posiadanych udzielać należy wszystkim, lecz ludziom po­rządnym szczodrzej, nędzarzom zaś zupełnie środków pozbawionym — na tyle, aby obecnej ich potrzebie zadość uczynić. Gotów jestem nawet po­wiedzieć, choć może to wydawać się dziwne, że zbożnie byłoby udzielać odzieży i strawy nawet wrogom; dajemy bowiem temu, co w nich jest ludzkie, nie zaś ich zmiennym właściwościom. Dlatego myślę, że i tym, co są zamknięci w wiezieniu, należy się podobna troska, gdyż taka ludz­kość wcale nie przeszkadza sprawiedliwości. Skoro bowiem tylu jest uwięzionych przed rozprawą sądową, i z nich dopiero jedni będą ogłosze­ni i uznani za winnych, drudzy za niewinnych, to trudno byłoby nie tylko ze względu na niewinnych nie ukarać przestępców, ale i ze względu na przestępców okazać się bezlitosnymi i nieludzkimi dla całkowicie niewin­nych. Gdy nad tym się zastanawiam, wydaje mi się to szczytem niespra­wiedliwości.

Zeusa nazywamy opiekunem gości, a sami stajemy się mniej od Scytów gościnni. Jakim prawem ktoś pragnący złożyć ofiarę Zeusowi „gościnnemu" wchodzi do jego świątyni? Z jakim sumieniem — inny, co zapomniał o słowach poety

Od Zeusa samego są wszyscy
Goście, żebracy też wraz, co im dar nawet drobny jest miły.

W jaki sposób czyni to ktoś inny jeszcze, służący Zeusowi „opiekunowi towarzyszy", choć widzi swych bliźnich pozbawionych pieniędzy, nie daje im nawet jednej drachmy i mimo to mniema, że jest dobrym Zeusa sługą? Ilekroć na takie rzeczy spoglądam, nie znajduję słów po prostu, widząc, że przydomki bogów znaczą dla nas równie mało, jak byle jakie ich malowanki, i nic z tego w rzeczywistość nie przechodzi. Bogowie np. i sam Zeus noszą u nas nazwę „należących do wspólnego rodu", lecz my nawet krewnych naszych traktujemy jak obcych. Każdy bowiem człowiek, chcąc nie chcąc, jest człowiekowi krewny, czyśmy powstali wszyscy, jak mówią niektórzy, z jednej i jednego, czy też w sposób jakikolwiek inny, skoro bogowie jednocześnie ze światem pierwotnym stworzyli nie jedną i jednego, lecz licznych i liczne, gdyż w ten sam sposób, co jednego i jedną, mogli także licznych i liczne... uwzględniając jednak różnicę obyczajów i ustanowień prawnych, a zwłaszcza to, co jest ważniejsze, czci bardziej godne i rozstrzygające, a mianowicie głos bogów przekazany przez starodawnych działaczy bożych, jako raz — kiedy Zeus wszechświat do ładu pięknego doprowadzał, krople krwi jego świętej z niebios spadły i z nich wyrósł rodzaj ludzki. W taki więc sposób staliśmy się wszyscy sobie krewni. Jeżeli z jednego i jednej, tj. jednej pary ludzkiej, pochodzący liczni i liczne... [Będąc od razu], jak głoszą bogowie i przyświadczają fakty, musimy wierzyć, że wszyscy jesteśmy potomkami bogów. Gdzie indziej jeszcze będzie dokładnie mowa o tym, że ludzie jednocześnie zjawili się w ilości znacznej, tutaj zaś wystarczy powiedzieć, że nie jest prawdopodobne, żeby u ludzi, co powstali z jednej pary, obyczaje aż tak dalece się zróżnicowały, ani też żeby potomstwo tej jednej pary wypełniło całą ziemię, i to nawet w tym wypadku, gdyby kobiety rodziły tyle dzieci co świnie... Prawdopodobne natomiast jest, że za jednoczesnym wszędzie skinieniem bogów, w ten sam sposób, co jeden i jedna, powstała także większa ilość ludzi przydzielonych jak gdyby przez los do swych boskich rodzicieli, którzy wywiedli ich na świat, otrzymawszy dusze od odwiecznego budowniczego. Warto także i to wziąć pod uwagę, jak wiele mądrych słów zużyli przodkowie nasi na wykazanie, że człowiek jest z natury swej istotą społeczną. My więc, cośmy to wszystko wypowiedzieli i jasno wyłożyli, mamy do swoich bliźnich ustosunkować się niespołecznie?

Biorąc za punkt wyjścia powyższe obyczaje i wypracowane osiągnięcia, niech każdy z nas przejęty dla bogów czcią, dla ludzi życzliwością, dla własnego ciała szacunkiem ,,dokonywa czynów bogobojności i stara się... zawsze o bogach żywić myśli wzniosłe, na świątynie zaś ich i wyobrażenia spogląda ze czcią i lękiem świętym i wielbi je tak, jakbyśmy samych bogów oglądali. Podobizny ich bowiem, ołtarze, strzeżenie ognia niegasnącego i wszystkie w ogóle rzeczy podobne ustanowili nam ojcowie jako oznaki obecności bogów, nie po to, abyśmy je za bogi uważali, lecz abyśmy z ich pomocą bogom służyli. Skoro bowiem my mając ciała musimy służyć bogom cieleśnie, choć oni są bezcieleśni, to ojcowie nasi najpierw stworzyli ich wizerunki, abyśmy z tej pierwotnej postaci ich poznali właściwości istoty rodu bogów krążących wokół firmamentu niebieskiego. Ponieważ jednak i tym niepodobna było służyć w sposób cielesny, bo i te z natury swej nie potrzebują niczego, wynaleziony został [przez nich] drugi rodzaj podobizn [boskich] na ziemi, wobec których swą służbę spełniając, zapewniamy sobie bogów przychylność. Jak bowiem ludzie oddający cześć podobiznom cesarzy, chociaż te wcale jej nie potrzebują, zdobywają sobie przychylność cesarska, tak samo ci, którzy oddają cześć wyobrażeniom bogów, wcale jej nie potrzebującym, mimo to wypraszają sobie ich opiekę i obronę. Wszak gorliwość w spełnianiu wszystkiego, co tylko jest możliwe, jest dowodem istotnej religijności — i jest jasne, że kto w pełni gorliwości tej służy, ten ją tym bardziej ujawnia. Kto, przeciwnie, rzeczami możliwymi pogardza, udaje zaś, że do niemożliwego dąży, ten tylko przez to ujawnia, że zamiast dalekie ścigać, nawet bliskie lekceważy. Przecież jeśli bóg nawet niczego nie potrzebuje, to stąd wcale nie wynika, że nie należy żadnej mu nieść ofiary. Wszak nie potrzebuje on także pochwały słowem. Czy jednak rozumne jest pozbawiać go nawet jej? W żadnym razie. A więc nie powinno się go pozbawiać także oddawania czci czynnej, którą uchwaliły mu składać nie trzy lata i nie trzy ich tysiące, lecz cały uprzedni u wszystkich narodów wiek ziemi. Spoglądając zatem na bogów posagi, nie powinniśmy ich uważać ani za odłamy kamienia lub drewna, ani za same bóstwa. Wszak i o podobiznach cesarzy nie mówimy także jako o kawałach drzewa, kamienia lub spiżu, nie mówimy również jako o samych cesarzach, lecz jako o podobiznach cesarzy. Ktokolwiek tedy miłuje cesarza, ten z przyjemnością widzi podobiznę cesarza jak ten, kto kocha swego syna, z przyjemnością patrzy na jego wyobrażenie, a kto kocha ojca — na wyobrażenie ojca. A wiec i każdy bogów miłujący człowiek z rozkoszą widzi przedstawiające ich posagi i malowidła, pełen czci i zarazem lęku wobec tych, którzy patrzą nań, sami niewidzialni. Jeżeli jednak ktoś mniema, że te wyobrażenia stają się przez to niezniszczalne, że je raz nazwano podobiznami bogów, len, jak mi się zdaje, ma umysł całkiem pomieszany: na to musiałyby one być nie przez ludzi zrobione; dzieło bowiem człowieka mądrego i dobrego może być przez człowieka ciemnego i złego zniszczone, natomiast przez nieśmiertelnych stworzone żywe podobizny ich niewidzialnej istoty, owi dokoła nieba unoszący cię bogowie — pozostają, jako wieczyste, na zawsze. Nikt więc nie powinien tracić wiary w bogów słysząc lub widząc, jak jacyś ludzie znieważyli posągi i świątynie bogów! Czyż nie było już morderców mężów dzielnych i sprawiedliwych, jak Sokrates, Dion lub wielki Empedotym, o których zatroszczyli się, jak mi wiadomo, w stopniu niemałym bogowie. Widzicie stąd, że bogowie wiedzący, iż ciało ich jest śmiertelne, pozwolili im, co prawda, poddać się prawu natury i odejść, z zabójców ich jednak pomstę należną wzięli. To także za naszych już czasów dokonało się jawnie na wszystkich świętokradcach.

Niech nikt nie zwodzi nas i niepokoi rozprawami o opatrzności. Czyniący mi co do tego zarzuty Żydzi czego nie będą opowiadali o ich własnej świątyni, trzykrotnie zburzonej, lecz nawet dziś nie odbudowanej. Wspomniałem o tym, bynajmniej z tego zarzutu im nie czyniąc — ja, który w tyle lat później umyśliłem podźwignąć ją z ruin ku czci przywołanego do niej boga. Dziś skorzystałem z tej wzmianki o niej, aby wykazać, że żadne z dzieł ludzkich nie jest niezniszczalne i że wasi podobne rzeczy piszący prorocy prawią niedorzeczności, niby przemawiając do trzęsących się ze starości niewiast. Nic, jak sądzę, nie przeszkadza przypuszczać, że bóg ich jest istotnie bogiem wielkim, nie znalazł jednak ani proroków wybitnych, ani ich tłumaczy, przyczyna zaś jest ta, że nie pozwoliwszy duszy własnej oświecić nauczaniem wszechstronnym, nie mogą oni ani oczu zaślepionych otworzyć, ani naległego mroku odrzucić, lecz — podobni do ludzi widzących silne światło przez mgłę, a więc nie dość czysto i wyraźnie, uznali je nie za owo światło czyste, lecz za ogień, i — niebaczni na wszystko, co je otacza, wołają głosem wielkim: „Drżyjcie! trwóżcie się! ogień, pożar, śmierć! Miecz wielki i mniejszy", licznymi słowy wyjaśniając niszczącą potęgę ognia. Lecz o tych rzeczach lepiej jest na osobnym miejscu pomówić, aby przedstawić, jak dalece ci mistrze roztrząsań o bogu ustępują naszym poetom.

Nie tylko jednak wyobrażeniem bogów cześć oddawać należy, ale także ich siedzibom, obwodom świętym i ołtarzom. Rozumnie jest również szanować kapłanów jako wykonawców obrzędów świętych i sług bożych, którzy nam pomagają w pełnieniu naszych wobec bogów obowiązków, bogom zaś — w zlewaniu na nas ich darów: oni to przecież za wszystkich ofiary składają i modły wznoszą. Sprawiedliwie jest tedy, żebyśmy im wszystkim okazywali szacunek jeśli nie większy, to przynajmniej nie mniejszy niż dostojnikom państwowym. Jeżeli jednak ktoś sądzi, że należy w równym stopniu okazywać go i kapłanom, i dostojnikom państwowym, ponieważ i ci, jako stróże praw świętych, są w pewnej mierze kapłanami, to życzliwości kapłanom powinno się okazywać daleko więcej. Wszak Achajowie nakazali swemu królowi uszanować nawet kapłana grodu nieprzyjacielskiego9, my zaś nie szanujemy kapłanów nam przyjaznych, którzy za nas modlą się i ofiary składają. Ponieważ jednak moje do Was słowo doszło już do dawno pożądanego początku, myślę, że warto już przejść do następnego pytania, dzięki jakim przymiotom kapłan i sam będzie słusznie szanowany, i... Nie należy nad tym się zastanawiać i rozmyślać, co jest naszym zadaniem, lecz póki ktoś nosi nazwę kapłana, powinno się go szanować i popierać; jeżeli jednak okaże się człowiekiem lichym, powinno się go pozbawić godności kapłańskiej i pogardę mu okazać. Póki zaś ofiary przygotowuje, zapoczątkowuje i przed bogami staje, powinno się spoglądać nań ze czcią i uszanowaniem jako na drogocenną własność bogów. Niedorzecznością bowiem jest, jeżeli kamienie, z których utworzone są ołtarze, otacza się miłością za to, że zostały raz bogom poświęcone i dzięki ich odpowiedniemu kształtowi i wyglądowi do służby świętej były użyte, nie będziemy natomiast uważać za konieczne szanować męża, który bogom został poświęcony. Być może, ktoś ten uczyni mi zarzut: „Szanować mamy człowieka nieprawego, który w spełnianiu swych wobec bogów czcigodnych obowiązków wielokrotnie pobłądził i zgrzeszył?" Na to ja odpowiadam: człowieka takiego należy poddać badaniu, aby, będąc niegodny, bogom się nie naprzykrzał, lecz nie pozbawiać go czci tak długo, aż mu ktoś winy nie dowiedzie. Nie uważam bowiem za zgodne z rozumem stawiając taki zarzut pozbawiać czci nie tylko ludzi podobnych, ale czasem na cześć zasługujących. Niech więc będzie szanowany, jak każdy przedstawiciel władzy, tak samo każdy kapłan, ponieważ istnieje nadto następująca wypowiedź boga didymejskiego:

Ludzie, w szaleństwie co swym służebników cnych bóstw nieśmiertelnych
Krzywdzić niesłusznie się ważą, też praw ich pozbawiać prastarych,
Zaś w rozważaniach swych już pozbawieni bojaźni są bożej.
Drogi żywotów swych, wiedz, nie dowiodą do końca samego
Wszyscy, co bogom choć raz złorzeczyli niezmiennie szczęśliwym,
Z ich to kapłani wszak rąk otrzymali dostojność swą świętą.

W innym znów miejscu tenże bóg przemawia tak:

Wszędzie kapłanów mych broń przed tą złością, co zgubę przynosi.

I zapowiada zesłanie swej kary. Ponieważ istnieje wiele takich od tego boga pochodzących wypowiedzi, dzięki którym możemy ze znajomością rzeczy przedstawić, jak należy czcić i jakimi względami otaczać kapłanów, będę obszernie o tym mówić gdzie indziej, obecnie wystarcza mi tu rzec. że na własną rękę żadnych nie udzielam wskazań, uważając dla siebie za wystarczające wezwanie boga i nakaz jego słów. Jeżeli więc ktoś nie uznaje mnie za zasługującego na zaufanie nauczyciela tych rzeczy, niech boga uszanowawszy jemu będzie posłuszny i czci kapłanów w sposób wyróżniający.

Jakim zaś powinien być kapłan, postaram się teraz opowiedzieć nie ze względu na Ciebie (gdybym bowiem nie wiedział i przy tym ze świadectw zarówno mego przewodnika, jak i bogów największych, że Ty służbę świętą, o ile to cd Twego wyboru zależy, sam sprawiać będziesz doskonale, nigdy bym się nie odważył powierzyć ci zadania tak wielkiego), lecz także ze względu na to, abyś stąd mógł pouczać pozostałych nie tylko po miastach, ale także po wsiach bardziej przekonywająco i z większą mocą, że nie sam od siebie to czynisz, lecz we mnie masz głosującego wraz z Tobą, com pono nie bez woli bogów stał się kapłanem najwyższym; tego w stopniu najmniejszym nie byłem godny, choć tego pragnąłem i o to wciąż ludzi prosiłem. Wiedz bowiem, że bogowie każą nam żywić wielkie nadzieje na to, co po naszej śmierci nastąpi, a wierzyć im w każdym razie trzeba, bo kłamstwo w ich zwyczaju nie leży i przy tym nie tylko co do owych spraw dalekich, ale i co do spraw życia obecnego. Bogowie bowiem, którzy wskutek swej nadmiernej potęgi zdolni są zapanować nad istniejącym w tym życiu zamętem, usuwając zeń nieład i sprzeczności, czy nie będą tym bardziej w stanie w życiu tamtym, w którym dokonał się już rozdział walczących ze sobą pierwiastków, gdyż dusza rozstała się z ciałem, które przekształciło się w ziemię, i udzielić ludziom tego wszystkiego, co im poprzednio zapowiedzieli? Wiedząc więc, że bogowie kapłanom w zamian (za ich trud) wielką wyznaczyli nagrodę, uczyńmy siebie poręczycielami dostojności bogów we wszystkim, o czym do tłumów mówić należy, wysuwając za wzór własne życie.

Musimy jednak zacząć od należnej bogom czci. W taki bowiem sposób dokonywać trzeba przeznaczone dla nich obrzędy, jak gdyby oni byli obecni i na nas patrzyli, sami przez nas nie widziani, i wzrokiem swym od światła wszelkiego potężniejszym sięgali aż do utajonych myśli naszych. Ponieważ są to słowa nie moje tylko, lecz- boga, wielokrotnie mi powtarzane, wystarcza mi jedno przytoczyć, aby dwie naraz prawdy wyświetlić: najprzód, że bogowie widzą wszystko, następnie zaś, że cieszą się z ludzi, co im cześć oddają:

Feba promieni ów blask rozpościera się wszędzie po ziemi:
Wzrok jego bystry na wskroś nawet skalne przewierca urwisko,
Ciemne lazury też mórz — i nie skryje się przed nim przenigdy
Ani gwiazd zespół, co wciąż obracając się niezmordowanie
Niebo obiega, jak chcą konieczności niezmiennej prawidła,
Ani umarłych ten tłum, co ich Tartar podziemny zagarnął
Tam, gdzie najgęstszy jest mrok pod stropami Hadesa mocarza,
Ludzie zaś zbożni są mu taką samą rozkoszą jak Olimp.

O ile więc wszelka dusza, a zwłaszcza dusza ludzka, w bliższym i ściślejszym znajduje się pokrewieństwie z bogami niż kamień lub skała, o tyle, rzecz naturalna, łatwiej i skuteczniej przenika przez nią wzrok bogów. Patrz, jak wielka jest dla ludzi miłość boga, który zapewnia, że z mężów o myśli zbożnej raduje się on tak samo, jak z przeczystego Olimpu! Czyż więc ten bóg nie wyprowadzi z całą pewnością i naszych także dusz z ciemności Tartaru, jeśli my, czcią dlań przejęci, do niego będziemy się zwracali?... Wie on i o tych, co są w Tartarze zamknięci (bo i te sprawy nie są poza obrębem władzy bogów), bogobojnym zaś obiecany jest Olimp, nie Tartar. Z tego powodu należy się trzymać jak najmocniej dzieł bogobojności, do bogów się zwracając nie bez lęku, nie mówiąc też ani nie czyniąc nic, czego wstydzić się trzeba. Kapłani więc powinni być dalecy nie tylko od czynów nieczystych i wyuzdanych, ale także od słuchania i podtrzymywania o nich rozmowy. Niech zatem wygnane będą precz żarty tłuste i cięż­kie i wszelkie gawędy swawolne.

Abyś mógł zrozumieć, na co pragnę wskazać, dorzucę: niech żaden mąż poświęcony nie czytuje ani Archilocha, ani Hipponaksa1 ani innych o tych rzeczach piszących. Niech także unika tych okazów „starej kome­dii"1 które do tego rodzaju należą, albo jeszcze lepiej, niech unika jej w ogóle. Mogłaby nam odpowiadać jedynie filozofia.

Z jej przedstawicieli zaś szczególnie ci, którzy, podobnie jak Pitagororas, Platon i Arystoteles oraz szkoła Chryzypa18 i Zenona14, za podstawę swego systemu wychowawczego uznali bogów. Nie na wszystkich jednak wymienionych i nie na wszystkie ich twierdzenia należy [w równej mie­rze] zwracać uwagę, lecz na te jedynie, które przyczyniają się do bogobojności, tego ucząc o bogach, że istnieją, że o sprawach tego świata myślą, że wreszcie złego nie czynią nic ani ludziom, ani sobie wzajemnie, niedo­stępni zazdrości, zawiści i w ogóle wrogości. Poeci, którzy takie rzeczy o nich pisali, doczekali się już u nas lekceważenia, natomiast prorocy ży­dowscy, którzy z uporem [takie teorie] budowali, są dziś jeszcze podziwia­ni przez tych nieszczęsnych, którzy poddali się Galilejczykom.

Z historii odpowiednią dla nas lekturą byłoby wszystko, co napisane zostało w oparciu o fakty dokonane, odrzucać zaś powinniśmy wszystkie obleczone w formę historii zmyślenia pisarzy dawniejszych, a więc tematy miłosne i w ogóle wszystko w tym rodzaju. Jak bowiem dla kapłana nie każda droga [życia] jest odpowiednia, co wymaga odpowiedniego zarzą­dzenia, tak samo nie każda lektura jest dlań właściwa. Pod działaniem bowiem opowieści podobnych rodzi się w duszy [czytającego] taki jakiś nastrój, który najprzód budzi powoli żądze, potem nagle rozpala groźny pożar, przeciw któremu należy z góry się uzbroić. Niech więc nie ma tu wcale dostępu żaden traktat Epikura ani Pyrrona. Co prawda, bogowie działając dobroczynnie zniszczyli z tych ksiąg niemało, tak iż ogromna większość ich już nie istnieje, mimo to jednak nie zawadzi tu wspomnieć dla przykładu i o nich, jako tych, których kapłani powinni wystrzegać się jak najbardziej zarówno ze względu na ich język, jak i na ich myśl. Nie jest bowiem tym samym grzech języka i grzech myśli, lecz ostatniego po­winno się przede wszystkim unikać, gdyż ten pociąga za sobą i grzech ję­zyka.

Hymnów o bogach należy uczyć się na pamięć. A są one liczne i pięk­ne, ułożone przez ludzi dawnych i nowych. Nie te jednak, lecz tamte, dawniejsze, śpiewane dotąd w świątyniach, powinno się starać zrozumieć, gdyż większość ich dana jest na prośbę ich od bogów, i tylko nieliczne ułożone zostały ku czci bogów przez ludzi kierowanych natchnieniem z góry i własną ich, złu niedostępną, duszę. Te zwłaszcza warto jest mieć w użyciu i modły należy wznosić do bogów często zarówno prywatnie, jak i publicznie, najlepiej trzy razy dziennie, kiedy zaś jest to niemożliwe, to przynajmniej rano i wieczorem, nie jest zgodne z rozumem, aby mąż po­święcony spędzał dzień i noc bez ofiary: ranek bowiem jest początkiem dnia, wieczór — nocy. Rozumnie więc jest bogom poświęcić początki obu tych okresów czasu, kiedy pozostajemy poza naszą służbą kapłańską; w świątyniach bowiem przestrzegać należy wszystkiego, co nakazuje wzię­ty po ojcach zwyczaj, i nic nie trzeba tu ani dodawać, ani odejmować. Wieczyste są ustanowienia bogów, powinniśmy więc i my naśladować ich istotę, aby tą drogą zaskarbiać sobie ich łaskę.

Gdybyśmy więc byli samymi tylko duchami, ciało zaś nas nie obciąża­ło, to byłoby dobrze określić dla kapłanów jakiś jeden tryb życia. Ponie­waż jednak [potrzeba to uczynić] nie tylko w stosunku do kapłanów, ale i do ludzi także, to kapłanowi przystoi tylko w czasie swej świętej służby przestrzegać pewnych [zakazów], poza nią zaś winien on być od nich wol­ny jako człowiek na to wybrany. Kapłan, jak myślę, obowiązany jest w ciągu nocy i dnia pozostawać z dala od wszelkiej zmazy, potem w loku następnej dopiero nocy, oczyściwszy się obrzędami, które podają istnieją­ce ustanowienia, wtedy dopiero niech wstępuje do świątyni i pozostaje w niej przez tyle dni, ile nakazuje zwyczaj: przez trzydzieści bowiem dni u nas w Rzymie, inaczej w grodach innych. Uważam za rozumne, /oby przez wszystkie te dni pozostawał w świątyniach, oddany rozmyślaniom, nie udając się ani do domu własnego, ani na plac zgromadzeń, nie widu­jąc też przedstawicieli władzy, chyba w świątyni, lecz troszczył się wy­łącznie o to, co do czci bogów należy, osobiście doglądając wszystkiego i wszystkim zarządzając. Dopełniwszy dni swoich, winien on drugiemu w służbie bogów miejsca swego ustąpić. Dopiero, gdy do zwykłego życia ludzkiego powróci, niech mu wolno będzie i do domu przyjaciela wstępo­wać, i zaproszonemu na ucztach bywać, nie u wszystkich jednak, tylko u najlepszych. W takim czasie nie jest dlań niestosowne pojawić :;ie z rzadka na placu zgromadzeń, przemówić do dowódcy wojsk lub naczelnika prowincji i w miarę możności pomagać tym, co zwracają się doń z rozsądnymi prośbami. Przystoi też, jak mi się zdaje, kapłanom wewnątrz świątyni używać w czasie nabożeństwa szat jak najwspanialszych, poza świątyniami zaś zwyczajnych i niezbytkownych; nie jest bowiem rozumnie tego, co nam jest dane ku czci bogów, nadużywać ku popisowi własnemu, pustemu i lekkomyślnemu. Z tego powodu na placu zgroma­dzeń powinniśmy się wystrzegać i szat kosztownych, i okazałości, i przepychu wielkiego. Taka właśnie była skromność Amfiaraosa, która w bogach nawet podziw wzbudziła. Skoro bowiem bogowie słynne owo wojsko [siedmiu wodzów Peloponezu] na zgubę skazali, on, choć o tym wiedział, z nimi jednak ku przeznaczeniu nieuniknionemu razem wyruszył i jedyny z nich został przez bogów przeistoczony i w poczet ich włączony.

 

Wszak inni przeciw Tebom zbrojnie śpieszący, zanim jeszcze czegoś dokonali, już na tarczach napisy kładli i oznaki zwycięstwa nad Kadmejczykami wznosili, on, ów bogów rozmówca, wyruszył na wojną bez godła na zbroi i we wrogach samych znalazł świadków własnego umiarkowania i łagodności. Z tego powodu powinniśmy i my, kapłani, [tak postępować], aby dostąpić łaskawości u bogów. Przecież niemałej wobec nich dopuszczamy się przewiny, wszystkim pokazując, udostępniając i każdemu dając oglądać szaty kapłańskie niby coś cudacznego, zwłaszcza jeżeli bywa przy tym, jak to się zdarza, tłum nieczystych, przez co święte godła ulegają profanacji. A to, że i my sami, żyjąc nie po kapłańsku, nakładamy na siebie szaty kapłanów, jakże wielkiego jest czynem bezprawia i lekceważenia bogów! O tym dokładniej jeszcze będę mówił na innym miejscu, teraz zaś piszę Ci o tym dla przykładu. Na rozwiązłe widowiska teatralne niech żaden kapłan zjawiać się nie waży. Niech do domu swojego [aktora?] nie wprowadza, bo to wcale mu nie przystoi. Gdyby było możliwe widowiska te wygnać całkowicie z teatrów, tak aby te po ich oczyszczeniu można było znów oddać Dionizjosowi, ja bym z całą gorliwością usiłował tego dokonać. Obecnie jednak, zdając sobie sprawę, że nie jest to możliwe, ani, gdyby nawet było możliwe, nie byłoby pożyteczne, wyrzekłem się zupełnie tego ambitnego zamiaru. Wzywam natomiast kapłanów, aby odeszli na stronę i ustąpili ludowi całą rozpustę teatralną. Niech więc żaden z kapłanów do teatru nie wstępuje i nie bierze sobie na przyjaciela ani aktora żadnego, ani kierowcy rydwanu. Niech też żaden tancerz albo mim do drzwi jego się nie zbliża! Kapłanom pozwalam tylko, jeśli tego chcą, bywać na takich igrzyskach świętych, gdzie kobiety nie są dopuszczane ani do uczestnictwa w zawodach, ani do oglądania ich. Czy trzeba jeszcze mówić o łowach, które w takiej ilości odbywają się po miastach w gmachach teatralnych, że od nich winni trzymać się z daleka nie tylko kapłani, lecz i dzieci kapłanów? Być może, dobrze by było już na samym wstępie powiedzieć, w jaki sposób powinno się kapłanów wyznaczać, mnie jednak nie wydaje się wcale niewłaściwe tym moje wywody zakończyć. Twierdzę więc, że w miastach powinno się na kapłanów mianować osoby najcnotliwsze i bogom przy tym najbardziej oddane, po nich zaś — ludzi najbardziej miłujące, czy będą oni biedni, czy bogaci. Niech nie będzie przy tym różnicy miedzy osobą niskiego i świetnego pochodzenia! Przecież człowiekowi, który przez skromność pozostaje w ukryciu, niesłuszne jest robić trudności za to, że nic ujawnił własnej wartości. Czy wiec jest kto biedakiem, czy prostakiem, skoro tylko posiada dwie cechy powyższe, tj. umiłowanie bogów i człowieka, powinien być wyznaczony na kapłana. Dowodem miłości bogów jest, jeśli zdolny jest swych domowników wszystkich do należnej czci bogów doprowadzić, dowodem zaś miłości człowieka jest, jeśli ze swego skromnego mienia udziela potrzebującym łatwo i chętnie, starając się obdarować tylu z nich, ilu zdoła. Na; tą stroną rzeczy trzeba najbardziej zwracać uwagą i stąd czerpać środki zaradcze. Według mego zdania, właśnie dlatego, że nędzarze byli przez kapłanów nie zauważani, nie uznający bogów Galilejczycy na tą miłość człowieka nacisk położyli i czyn najnikczemniejszy wzmocnili pozorami sprawy pożytecznej. Podobnie jak ludzie zwabiający dzieci słodkim plackiem, kilkakrotnym rzucaniem kawałków jego to sprawiają, że te w ślad za nimi idą, a potem, odciągnąwszy daleko od domów, porywają je na swoje okręty, i gorzkie staje się dla nich na całe dalsze życie to, co przez chwilę zdawało się być słodkie, tym samym i Galilejczycy sposobem, zacząwszy przez tak zwane przez nich „uczty miłości", „przyjęcia" i ,,obsługę stołów" — tak wiele nazw nosi u nich czynność ta sama — wielkie mnóstwo ludzi doprowadzili do bezbożnictwa i uczynili z nich...[luka spowodowana przez kopistę chrześcijańskiego]


Przekład Witold Klinger w: Julian Apostata, Listy, 196 Wrocław-Warszawa-Kraków

Fragmenty tekstów dostępnych w naszej witrynie są pozbawiane przypisów i aparatu naukowego w porównaniu do wydań książkowych - ich lektura może więc dać zaledwie wstępną orientację w temacie. Zachęcamy do kupna książki z pełnym tekstem i aparatem naukowym

Total votes: 1685